26 kwietnia 2013

Pani Kreska...

Pani Kreska oswaja się pomału z aparatem, dlatego niniejszym załączam ciut lepsze ujęcia :)


A tak wygląda Pani Kreska gotowa do głaskania:

























Ps. I chyba nareszcie widać skąd imię :)

22 kwietnia 2013

Zdarta płyta, czyli ogród po raz enty...

Cudnie jest. No po prostu cudnie. Mysz niecierpliwie zaciera łapki na myśl o przeprowadzce. Małż dokłada wszelkich starań by w weekend majowy była możliwa.
A mysz nie może się doczekać, bo chce jak najszybciej być bliżej ogrodu. Wczorajsze popołudnie było tak fantastyczne w swej prostocie, że aż nie mieści się pomiędzy mysimi uszami myśl, że mogła dotychczas spędzać takie chwile inaczej.

A chodzi o tak banalną rzecz, jak czas spędzony na wiklinowej ławeczce, z pyszczkiem wystawionym do słońca, z książką, zapachem fiołków i świergotaniem ptaków. No po prostu cudnie.

Mysz snuje piękne imaginacje o posiłkach na tarasie, relaksie na kocyku w cieniu jabłoni i aromaterapii z własnego ogrodu.

W związku przenosinami warzywnika wieloletnie zioła mysz przesadziła na rabatę kwiatową. Ale zostało jeszcze część oregano, mięty i melisy cytrynowej, którą mysz uwielbia i bez której nie wyobraża sobie owocowej sałatki, więc im więcej melisy tym lepiej. Szkoda było wyrzucić to całe dobro na kompost, a wśród kwiatów nie ma już miejsca na rośliny o tak wybujałym ego. Wsadziła więc mysz wszystko do donic i ustawiła przy wejściu na taras. Obok lawendy uratowanej przed cieniem północnej strony domu i niewielkiego modrzewia.
Tam te wszystkie zioła i zielska mogą się rozrastać do woli, a raczej do granic donic, nie spędzając snu z mysich powiek koszmarami o mięcie która opanowałam całą rabatę i objęła krwawy dyktat nad ledwie zipiącymi roślinkami innych maści.

Ale dość już tych ogrodowych wywodów. Czas zakasać rękawy, bo okna w pracowni się same nie umyją.

20 kwietnia 2013

Jak żaba na jajach...


   

A właściwie to jak ropucha ;) Ale gorzej brzmi :) Nasze oczko opanowały ropuchy szare. I mnożą się na potęgę. W związku z powyższym tradycja sprzątania oczka w długi weekend majowy zostanie naruszona (nie po raz pierwszy i nie ostatni). Cóż począć, jajeczka są, niech się więc wyklują. Ropuchy podobno zjadają różne szkodniki ogrodowe, a w tym ślimaki, co się im bardzo chwali, więc niech sobie spokojnie godują ;) Żałuję tylko trochę, że nie koncertują, bo bardzo lubię wieczorny rechot. Cóż, nie można mieć wszystkiego.



"Tytułowa" ropucha na jajach :)
Trochę zagłębiłam się w temat i ten skrzek wygląda mi na żabę trawną. Ropucha szara robi "sznury". Ciekawe, bo nie widziałam w tym roku żab w oczku. Ale w zeszłym roku, przy okazji sprzątania, chyba właśnie taka jedna się z niego wyprowadzała. Tak czy inaczej "sznurów" jeszcze nie zaobserwowałam.

A to zdjęcie poglądowe. Ropuchy w grupie nie są łatwym obiektem fotograficznym, ale zapewniam, że jest ich sporo i od kilku dni ciągle ich przybywa.

A na koniec akcent ze świata flory. W moim ogrodzie z roku na rok przybywa fiołków. Ogromnie mnie to cieszy, bo uwielbiam ich zapach. Pech chciał, że najwięcej rosło ich w miejscu, w którym zakładałam rabatę kwiatową. Wiele godzin poświęciłam, żeby je zachować. Musiałam je wykopać, przenieść na inne miejsce, przekopać miejsce pod rabatę, oddzielić kępki kwiatków od trawy i posadzić w nowym miejscu. Mrówcza robota. Nie wszystkie zdążyłam przesadzić jesienią. Część zimowała w kępach trawnych. Na szczęście przezimowała i mogłam dokończyć dzieła. Teraz kwitną już w miejscu docelowym i mam nadzieję, że nadal będzie ich przybywać :)


A jeszcze z newsów sezon letni uważam za otwarty. Plecy - nie wiadomo kiedy - spalone do czerwoności bolą mnie już trzeci dzień. To teraz już chyba będzie z górki, nie? ;)

18 kwietnia 2013

Co za słońce...

Normalnie szaleństwo. Dwa tygodnie temu rasowa zima, a dziś pełnia lata. Jestem cała zakurzona i podrapana, ale szczęśliwa. Rzuciłam się na ogród jakby nic innego na świecie nie istniało. Dziś przenosiłam resztę rozproszonych roślin kwitnących na rabatę kwiatową. 

Uwielbiam kwiaty. Uwielbiam ich kolory i zapachy. Nie lubię za to jak są zagubione, rozrzucone po różnych dziwnych miejscach, samotne. Tu piękna lilia notorycznie koszona przez Małża. Tam rządek michałków stoi opuszczony i nic nie podkreśla ich jesiennego uroku. Jeszcze gdzie indziej malutki krzaczek azalii nie dość, że od północy i w cieniu, to gubi się zupełnie wśród okazałych iglaków. 

Za każdym razem, gdy coś takiego wypatrzę, to zaraz przenoszę na bardziej eksponowane miejsca. Kwiatów w tym ogrodzie nigdy nie było zbyt wiele. Miał być ładny i prosty w utrzymaniu. I był. Teraz będzie inny. Wiem, że sama na siebie bicz kręcę, ale kiedy ja tak bardzo je lubię. Każdy nowy zielony łepek wychylający się spośród grudek ziemi witam z dziką radością. Niech rosną jak najbujniej i cieszą moje zmysły.

Powinnam skończyć sprzątać pracownię, bo jutro przychodzą banery, wizytówki i inne takie. Ale chyba pójdę poprzerzucać kompost. Trzymajcie za mnie kciuki, bo w poniedziałek otwieram i zamiast dopinać wszystko na ostatni guzik sami widzicie, co robię ;)

15 kwietnia 2013

Kilka słów o zwierzyńcu...

Do serca przytul psa,
Weź na kolana kota,
Weź lupę popatrz - pchła,
Daj spokój, pchła to też istota...


W naszym miejscu żyją z nami nasi mali milusińscy. Niektórzy z Was pewnie dobrze wiedzą o jednym z futrzaków, ale pozostałym go niniejszym przedstawiam:

Oto przed Państwem Panakota, znana również jako Helena, Lenka, Pani Kotek lub po prostu Kocica.


Panakota jest z nami od czerwca 2009 roku, czyli niedługo minie 4 lata. Swoje kocie cztery lata już skończyła, bo gdy przygarnęliśmy ją ze schroniska, była oceniana na około 10 miesięcy. Miała już wtedy za sobą trudne przejścia i bardzo długo się z nami oswajała. Teraz nie ma śladu po tym wystraszonym futerku, któremu tydzień zajęło oswojenie się do tego stopnia, żeby usiąść ze mną na tej samej kanapie. Oczywiście w bezpiecznej odległości, czyli na drugim jej końcu ;)
Panakota jest rasową kocicą w znaczeniu takim, że chodzi wybitnie własnymi drogami. Robi to co chce, wtedy kiedy chce. Nie przysparza nam na szczęście zbyt wielu kłopotów, ale Małż często narzeka, że kot jest od mruczenia i przytulania, a ten nasz to ma jakiś defekt, bo przyłazi tylko jak ma na to chęci i odpowiedni nastrój. I że w ogóle nie ma to jak pies, co przybiegnie na wołanie, zamerda ogonem, ucieszy się na twój widok. Ja to się zupełnie z Małżem nie zgadzam, bo Panakota jest kochana, zabawna i całkiem przytulasta, ale między innymi z wyżej wymienionych powodów jest pies.

Niniejszym przedstawiam - Pani Kreska


Pani Kreska imię swe zawdzięcza białemu pasemku futerka, właśnie owej kresce, którą dumnie nosi pomiędzy przednimi łapami. Być może kiedys je zademonstrujemy, gdy Kreska ogarnie trochę o co chodzi z aparatem. Do naszego miejsca przybyła w lutym tego roku również ze schroniska. Miłość wybuchła od pierwszego spojrzenia tylko i wyłącznie, bo Kreska została nam objawiona przez internet. Nie wiemy dokładnie ile ma lat. Do przytuliska została przywieziona w grudniu 2011 roku i wtedy była oceniana na dwa. Zakładamy, że może mieć około trzy/cztery.

Kreseczka również nie miała łatwego życia. Ciągle się oswaja. Choć widzimy duże postępy, to serduszko mi się rozpoławia, gdy widzę jak się kuli, kiedy biorę do ręki choćby mopa. Jest przerażona. Za to prawdziwą radość dają takie momenty, jak na przykład ten, gdy pierwszy raz wybiegała na pole z zadartym do góry ogonem, którym łopotała jak chorągiewką. Do dziś śmieję się gdy tak wciąga flagę na maszt zbiegając po schodach. Stają mi wtedy przed oczami te wszystkie kreskówki, w których zza płotka widać tylko "tuptający" ogon ;)

14 kwietnia 2013

Jeszcze nie szumią kasztany, ale...

Już szumią kasztany i pachnie już wiosną
Pamiętaj kochany, by jakąś radosną
By jakąś radosną na wiosnę mieć minę
I wiosnę przywitać jak ładną dziewczynę...


Dolewam wody do czajniczka z jaśminową herbatą, w dużej filiżance topię małą łyżeczkę trzcinowego cukru, frezje na stoliku pachną obłędnie, a słońce świeci zezowato.
Nadchodzą dobre dni.


................................................................................................................................

Z pracownią już widać koniec. Może w przyszłym tygodniu otworzę, kto wie :) Nie mogę się doczekać. Nareszcie praca. I to własna. A do tego w tak pięknych, optymistycznych okolicznościach przyrody.

Z remontem w domu też mam nadzieję, że będzie już z górki. Zostało malowanie sufitów i położenie desek w jadalni. No i wieeeelkie sprzątanie ;)

Za to ogród nie może czekać. Ja z ogrodem nie chcę czekać :) Słońce pobudza ogród do życia. Ja też swoim małym wkładem pobudzam ogród do życia. Ogród nie ma wyjścia i sam pobudza się do życia :D
Wobec przenosin grządek i tymczasowego ich braku posadziłam rzodkiewkę na rabacie kwiatowej. Ale nic to, myślę, że tam też urośnie. A właściwie, to mam nadzieję, że w ogóle urośnie, bo od trzech lat nie mogę wyhodować rzodkiewki. Hańba. Zawsze myślałam, że rzodkiewka rośnie zawsze i wszędzie. Okazuje się, że nie. Mam nadzieję, że teoria o braku dostatecznego nasłonecznienia na dotychczasowym miejscu jest prawdziwa i teraz będą piękne, jędrne i ogromne ;)

11 kwietnia 2013

Powietrze...

Cudownie jest, powietrze jest,
Dwie ręce mam, dwie nogi mam,
W chlebaku chleb, do chleba ser,
Do picia deszcz...


Ogłaszam wszem i wobec uroczyście nadejście wiosny. Trochę się ociągała, przyznaję, to dość nieładnie z jej strony, ale tak mnie zachwyca swą obecnością, że wszystko jej z miejsca wybaczam. Wczoraj miałam jeszcze wątpliwości. Pojawiła się nieśmiało, niezbyt słonecznie, ale z każdym dniem rozkwita. Cudownie! Nareszcie! Brak mi płuc, żeby wziąć tak głęboki wdech, jakiego potrzebuję. Ale wpuszczam ją wszystkimi oknami. Niech wejdzie. Niech się rozgości. Niech się rozśpiewa. Niech zostanie jak najdłużej.

7 kwietnia 2013

Ja i cały mój dobytek... prawie...

Kocham cię życie
Kiedy sen kończy się, kończy się,
Kończy się o świcie
A ja się rzucam
Z nadzieją nową na budzący się dzień
...


Ja i moje pisanie przeprowadzamy się na bloggera. Z tego prostego powodu, że pisanie na blog.onet.pl stało się zdecydowanie zbyt uciążliwe, niesatysfakcjonujące i powolne. Nawet tak rzadkie pisanie jak moje.

A jako, że jestem dość przywiązana do tego bloga, choć tak często porasta kurzem, postanowiłam przeprowadzić się również z całym dotychczasowym pisaniem. Na szczęście, choć wymaga dużego nakładu pracy i cierpliwości, jest to możliwe. Bez komentarzy w prawdzie. Te zostają na swym miejscu, tam gdzie je napisano. Dla mnie jednak najważniejszy jest ten kawałek mojego życia który sama napisałam - dosłownie i w przenośni. Dlatego robię to, co robię.

Niniejszym mówię dzień dobry, a raczej dobry wieczór i do przeczytania ;)