20 kwietnia 2013

Jak żaba na jajach...


   

A właściwie to jak ropucha ;) Ale gorzej brzmi :) Nasze oczko opanowały ropuchy szare. I mnożą się na potęgę. W związku z powyższym tradycja sprzątania oczka w długi weekend majowy zostanie naruszona (nie po raz pierwszy i nie ostatni). Cóż począć, jajeczka są, niech się więc wyklują. Ropuchy podobno zjadają różne szkodniki ogrodowe, a w tym ślimaki, co się im bardzo chwali, więc niech sobie spokojnie godują ;) Żałuję tylko trochę, że nie koncertują, bo bardzo lubię wieczorny rechot. Cóż, nie można mieć wszystkiego.



"Tytułowa" ropucha na jajach :)
Trochę zagłębiłam się w temat i ten skrzek wygląda mi na żabę trawną. Ropucha szara robi "sznury". Ciekawe, bo nie widziałam w tym roku żab w oczku. Ale w zeszłym roku, przy okazji sprzątania, chyba właśnie taka jedna się z niego wyprowadzała. Tak czy inaczej "sznurów" jeszcze nie zaobserwowałam.

A to zdjęcie poglądowe. Ropuchy w grupie nie są łatwym obiektem fotograficznym, ale zapewniam, że jest ich sporo i od kilku dni ciągle ich przybywa.

A na koniec akcent ze świata flory. W moim ogrodzie z roku na rok przybywa fiołków. Ogromnie mnie to cieszy, bo uwielbiam ich zapach. Pech chciał, że najwięcej rosło ich w miejscu, w którym zakładałam rabatę kwiatową. Wiele godzin poświęciłam, żeby je zachować. Musiałam je wykopać, przenieść na inne miejsce, przekopać miejsce pod rabatę, oddzielić kępki kwiatków od trawy i posadzić w nowym miejscu. Mrówcza robota. Nie wszystkie zdążyłam przesadzić jesienią. Część zimowała w kępach trawnych. Na szczęście przezimowała i mogłam dokończyć dzieła. Teraz kwitną już w miejscu docelowym i mam nadzieję, że nadal będzie ich przybywać :)


A jeszcze z newsów sezon letni uważam za otwarty. Plecy - nie wiadomo kiedy - spalone do czerwoności bolą mnie już trzeci dzień. To teraz już chyba będzie z górki, nie? ;)

18 kwietnia 2013

Co za słońce...

Normalnie szaleństwo. Dwa tygodnie temu rasowa zima, a dziś pełnia lata. Jestem cała zakurzona i podrapana, ale szczęśliwa. Rzuciłam się na ogród jakby nic innego na świecie nie istniało. Dziś przenosiłam resztę rozproszonych roślin kwitnących na rabatę kwiatową. 

Uwielbiam kwiaty. Uwielbiam ich kolory i zapachy. Nie lubię za to jak są zagubione, rozrzucone po różnych dziwnych miejscach, samotne. Tu piękna lilia notorycznie koszona przez Małża. Tam rządek michałków stoi opuszczony i nic nie podkreśla ich jesiennego uroku. Jeszcze gdzie indziej malutki krzaczek azalii nie dość, że od północy i w cieniu, to gubi się zupełnie wśród okazałych iglaków. 

Za każdym razem, gdy coś takiego wypatrzę, to zaraz przenoszę na bardziej eksponowane miejsca. Kwiatów w tym ogrodzie nigdy nie było zbyt wiele. Miał być ładny i prosty w utrzymaniu. I był. Teraz będzie inny. Wiem, że sama na siebie bicz kręcę, ale kiedy ja tak bardzo je lubię. Każdy nowy zielony łepek wychylający się spośród grudek ziemi witam z dziką radością. Niech rosną jak najbujniej i cieszą moje zmysły.

Powinnam skończyć sprzątać pracownię, bo jutro przychodzą banery, wizytówki i inne takie. Ale chyba pójdę poprzerzucać kompost. Trzymajcie za mnie kciuki, bo w poniedziałek otwieram i zamiast dopinać wszystko na ostatni guzik sami widzicie, co robię ;)

15 kwietnia 2013

Kilka słów o zwierzyńcu...

Do serca przytul psa,
Weź na kolana kota,
Weź lupę popatrz - pchła,
Daj spokój, pchła to też istota...


W naszym miejscu żyją z nami nasi mali milusińscy. Niektórzy z Was pewnie dobrze wiedzą o jednym z futrzaków, ale pozostałym go niniejszym przedstawiam:

Oto przed Państwem Panakota, znana również jako Helena, Lenka, Pani Kotek lub po prostu Kocica.


Panakota jest z nami od czerwca 2009 roku, czyli niedługo minie 4 lata. Swoje kocie cztery lata już skończyła, bo gdy przygarnęliśmy ją ze schroniska, była oceniana na około 10 miesięcy. Miała już wtedy za sobą trudne przejścia i bardzo długo się z nami oswajała. Teraz nie ma śladu po tym wystraszonym futerku, któremu tydzień zajęło oswojenie się do tego stopnia, żeby usiąść ze mną na tej samej kanapie. Oczywiście w bezpiecznej odległości, czyli na drugim jej końcu ;)
Panakota jest rasową kocicą w znaczeniu takim, że chodzi wybitnie własnymi drogami. Robi to co chce, wtedy kiedy chce. Nie przysparza nam na szczęście zbyt wielu kłopotów, ale Małż często narzeka, że kot jest od mruczenia i przytulania, a ten nasz to ma jakiś defekt, bo przyłazi tylko jak ma na to chęci i odpowiedni nastrój. I że w ogóle nie ma to jak pies, co przybiegnie na wołanie, zamerda ogonem, ucieszy się na twój widok. Ja to się zupełnie z Małżem nie zgadzam, bo Panakota jest kochana, zabawna i całkiem przytulasta, ale między innymi z wyżej wymienionych powodów jest pies.

Niniejszym przedstawiam - Pani Kreska


Pani Kreska imię swe zawdzięcza białemu pasemku futerka, właśnie owej kresce, którą dumnie nosi pomiędzy przednimi łapami. Być może kiedys je zademonstrujemy, gdy Kreska ogarnie trochę o co chodzi z aparatem. Do naszego miejsca przybyła w lutym tego roku również ze schroniska. Miłość wybuchła od pierwszego spojrzenia tylko i wyłącznie, bo Kreska została nam objawiona przez internet. Nie wiemy dokładnie ile ma lat. Do przytuliska została przywieziona w grudniu 2011 roku i wtedy była oceniana na dwa. Zakładamy, że może mieć około trzy/cztery.

Kreseczka również nie miała łatwego życia. Ciągle się oswaja. Choć widzimy duże postępy, to serduszko mi się rozpoławia, gdy widzę jak się kuli, kiedy biorę do ręki choćby mopa. Jest przerażona. Za to prawdziwą radość dają takie momenty, jak na przykład ten, gdy pierwszy raz wybiegała na pole z zadartym do góry ogonem, którym łopotała jak chorągiewką. Do dziś śmieję się gdy tak wciąga flagę na maszt zbiegając po schodach. Stają mi wtedy przed oczami te wszystkie kreskówki, w których zza płotka widać tylko "tuptający" ogon ;)

14 kwietnia 2013

Jeszcze nie szumią kasztany, ale...

Już szumią kasztany i pachnie już wiosną
Pamiętaj kochany, by jakąś radosną
By jakąś radosną na wiosnę mieć minę
I wiosnę przywitać jak ładną dziewczynę...


Dolewam wody do czajniczka z jaśminową herbatą, w dużej filiżance topię małą łyżeczkę trzcinowego cukru, frezje na stoliku pachną obłędnie, a słońce świeci zezowato.
Nadchodzą dobre dni.


................................................................................................................................

Z pracownią już widać koniec. Może w przyszłym tygodniu otworzę, kto wie :) Nie mogę się doczekać. Nareszcie praca. I to własna. A do tego w tak pięknych, optymistycznych okolicznościach przyrody.

Z remontem w domu też mam nadzieję, że będzie już z górki. Zostało malowanie sufitów i położenie desek w jadalni. No i wieeeelkie sprzątanie ;)

Za to ogród nie może czekać. Ja z ogrodem nie chcę czekać :) Słońce pobudza ogród do życia. Ja też swoim małym wkładem pobudzam ogród do życia. Ogród nie ma wyjścia i sam pobudza się do życia :D
Wobec przenosin grządek i tymczasowego ich braku posadziłam rzodkiewkę na rabacie kwiatowej. Ale nic to, myślę, że tam też urośnie. A właściwie, to mam nadzieję, że w ogóle urośnie, bo od trzech lat nie mogę wyhodować rzodkiewki. Hańba. Zawsze myślałam, że rzodkiewka rośnie zawsze i wszędzie. Okazuje się, że nie. Mam nadzieję, że teoria o braku dostatecznego nasłonecznienia na dotychczasowym miejscu jest prawdziwa i teraz będą piękne, jędrne i ogromne ;)

11 kwietnia 2013

Powietrze...

Cudownie jest, powietrze jest,
Dwie ręce mam, dwie nogi mam,
W chlebaku chleb, do chleba ser,
Do picia deszcz...


Ogłaszam wszem i wobec uroczyście nadejście wiosny. Trochę się ociągała, przyznaję, to dość nieładnie z jej strony, ale tak mnie zachwyca swą obecnością, że wszystko jej z miejsca wybaczam. Wczoraj miałam jeszcze wątpliwości. Pojawiła się nieśmiało, niezbyt słonecznie, ale z każdym dniem rozkwita. Cudownie! Nareszcie! Brak mi płuc, żeby wziąć tak głęboki wdech, jakiego potrzebuję. Ale wpuszczam ją wszystkimi oknami. Niech wejdzie. Niech się rozgości. Niech się rozśpiewa. Niech zostanie jak najdłużej.

7 kwietnia 2013

Ja i cały mój dobytek... prawie...

Kocham cię życie
Kiedy sen kończy się, kończy się,
Kończy się o świcie
A ja się rzucam
Z nadzieją nową na budzący się dzień
...


Ja i moje pisanie przeprowadzamy się na bloggera. Z tego prostego powodu, że pisanie na blog.onet.pl stało się zdecydowanie zbyt uciążliwe, niesatysfakcjonujące i powolne. Nawet tak rzadkie pisanie jak moje.

A jako, że jestem dość przywiązana do tego bloga, choć tak często porasta kurzem, postanowiłam przeprowadzić się również z całym dotychczasowym pisaniem. Na szczęście, choć wymaga dużego nakładu pracy i cierpliwości, jest to możliwe. Bez komentarzy w prawdzie. Te zostają na swym miejscu, tam gdzie je napisano. Dla mnie jednak najważniejszy jest ten kawałek mojego życia który sama napisałam - dosłownie i w przenośni. Dlatego robię to, co robię.

Niniejszym mówię dzień dobry, a raczej dobry wieczór i do przeczytania ;)

26 stycznia 2013

O słodkich przyjemnościach...

Ech, co za wieczór. Słodyczy mi brak. Słodyczy, słodkości, cukierków, cukiereczków, ciasteczek, czekoladek. Czegoś z cukrem w składzie. Czegokolwiek.

No może nie tak całkiem czegokolwiek, bo w domu jest w prawdzie cukier, miód i trochę gorzkiej czekolady po świątecznej produkcji śliwek w tejże, to mnie nie do końca satysfakcjonuje. Od czego jednak mam w domu piekarnik? Ano od tego, żeby upiec w nim ciasto. Moje ukochane, najprostsze pod słońcem ucierane ze śliwkami. Uwielbiam je. Co roku mrożę śliweczki specjalnie z myślą o tym moim przysmaku.

Dlatego ten wieczór należy zaliczyć do udanych. Teraz siedzę sobie wygodnie z nogami w górze, w kozie napalone, z radia sączą się nastrojowe nuty, poświątecznie świecą się jeszcze kolorowe latarenki na choince i białe gwiazdki na kredensie, a ja delektuję się ciastem odrywając małe kawałeczki i wydłubując palcami gorące jeszcze śliwki. Mniam

13 stycznia 2013

O tym co dał i zabrał miniony rok...

Zauważyłam, że piszę głównie w okresach słomianego wdowieństwa. Jakoś mnie taki czas odpowiednio nastraja. Tym razem, niech więc też tak będzie.

Nigdy tego nie robiłam, a i teraz jest już trochę po niewczasie, ale spróbuję podsumować miniony rok. Bez zbędnych wstępów, przejdę od razu do rzeczy.

Już niemal rok temu zrezygnowałam z noszenia dumnego miana Kobiety Bezrobotnej na rzecz tzw. „zastępstwa”. Perspektywa dobra – co najmniej pół roku pracy W ZAWODZIE. Cały luty szczęśliwie spędziłam realizując się w owym zawodzie, po czym okazało się, że sytuacja firmy pogorszyła się nagle i drastycznie w związku z czym nieobecność „zastępowanej” jest im na rękę, natomiast obecność „zastępującej” już mniej. Coś o tym pisałam swego czasu, więc nie będę się nad tym rozpisywać.

Pech chciał, że dzięki temu epizodowi jako Kobieta Pracująca, byłam ponownie zbyt krótko Kobietą Bezrobotną (to, że przed tym „niechlubnym” miesiącem przez rok pozostawałam członkiem szlachetnej społeczności Bezrobotnych jest w tym przypadku zupełnie bez znaczenia) nie mogłam ubiegać się o dofinansowanie własnej działalności z Urzędu Pracy. I tak z Kobiety Bezrobotnej, poprzez Kobietę Pracującą, stałam się Kobietą Na Utrzymaniu Męża. W następstwie tych wypadków postanowiliśmy z rzeczonym mężem dofinansować moja własną działalność tzw. pieniędzmi z wesela. Ten plan ciągle wprowadzamy w życie.

Tej wiosny rozpakowało się kilka paczuszek i powitaliśmy na tym – podobno – najlepszym ze światów Zuzię, Igora, Kacpra i Zuzię, z czego Kacper to nasz siostrzeniec, cudowne, radosne słoneczko, które było nam w tym roku bardzo potrzebne.

Wciąż nie potrafię o tym pisać, ale czuję, że chcę. W sierpniu nagle zmarła moja teściowa. Nieraz wydaje mi się, że tyko wyjechała gdzieś na dłużej i jak wróci opowiemy jej o wszystkim, co się działo. Te myśli, a raczej nanomyśli, takie błyski, których bolesną fałszywość pojmuję zanim do końca wybrzmi ich sens. Te myśli nachodzą mnie nawet, jak oglądam nową podłogę w Jej domu lub wybieram fronty do nowych szafek w Jej kuchni. Bo opuszczamy nasze poddasze, żeby zamieszkać te dziesięć metrów obok, w Jej domu. Wszystko nie tak.

Bardzo chciałam mieć dom, ogród. Lubiłam nasze poddasze, ale marzyłam o prawdziwym domu z werandą, warzywnikiem, sadem i kwiatami w ogrodzie. Rysowałam plany. Tłumaczyłam, że to tylko taki weekendowy, letniskowy. Ale chciałam w nim mieszkać. Miał mieć spiżarnię, piwnicę-ziemiankę i garderobę w sypialni. I teraz większość z tych rzeczy będę mieć. Ale nie wiem jak się z nich cieszyć.

Czasem myślę sobie, że nie można się pogodzić ze śmiercią bliskiej osoby. Po prostu się nie da. To co napiszę zabrzmi brutalnie, ale mam na ten temat pewną teorię. Wszystko zaczyna się od rozpaczy. Trwa to dłużej lub krócej, zależy od sposobu przeżywania danej osoby. Potem te uczucia się wypalają lub sami próbujemy je wygasić. Musimy przecież dalej jakoś funkcjonować. Nigdy, tak mocno, jak minionego lata, nie dotarła do mnie głęboka prawda banalnych słów, że życie toczy się dalej. Więc staramy się odciąć od tego bólu odsuwając od siebie wszystkie wspomnienia. Odcinając, odkreślając, zamykając na najbardziej niepozorny klucz, żeby łatwiej go było zgubić. I zaczynamy zapominać. Ale nie zapominamy. Myślę, że chodzi o coś innego. Próbujemy sobie wyobrazić, że tej osoby nigdy nie było. Że to nie ona mieszkała w tym domu. Że to nie od niej te zielone szklanki. Że to nie jej okulary na biurku…

Tak myślę. Myślę, że ja tak mam. Że jest we mnie taka mieszanka. Jakby ta osoba, która odeszła, tak naprawdę nigdy nie istniała, a ta która istnieje nigdy nie odeszła. Wyjechała tylko… Na długo… Ale wróci… I może zdążę jeszcze zapytać, czy mogę mówić do niej mamo…

Na szczęście jest Kacper. Pogodny roześmiany robaczek. Dumny posiadacz czterech zębów. Ostatnio opanował unoszenie podwozia na tyle, że z pełzania przeszedł na wyższy lewel. Teraz raczkuje i wygląda wtedy jak rasowy żuczek. Jest cudowny.

A w kalendarzu znów styczeń. Ja ciągle jestem Kobietą Na Utrzymaniu Męża. W sprawie mojej własnej działalności mniej więcej od lipca nic się nie ruszyło. Zostało już bardzo niewiele, ale są to sprawy ode mnie w znacznym stopniu niezależne. Liczę, że do końca lutego uda się je domknąć.

Myślę, że do tego czasu wprowadzimy się też do domu. Chcieliśmy zrobić mały remont, ale oczywiście podeszliśmy niezbyt realistycznie do tematu. To miała być „tylko” zmiana podłogi i nowe szafki w kuchni. Żeby się poczuć bardziej, jak u siebie. Kuchnia to małe miki, ale podłoga w tej kuchni… I w salonie… I w jadalni… I w przedpokoju… Podłoga, mówiąc krótko, była w płytkach. I te płytki postanowiliśmy skuć. A potem jeszcze klej. I trochę posadzki, jak się okazało, nie do końca potrzebnie. Siłą własnych mięśni i pożyczonych drobnych maszyn i narzędzi demolujących. Gdy już się przez to przebiliśmy, a na pobojowisko wkroczyli fachowcy, prace nabrały nieco tempa. Dlatego prognozy są obiecujące.

I tą pozytywną myślą skończę na dziś, życząc sobie, żeby ten rok był lepszy…

29 listopada 2012

Tyle słońca wkoło,
A mnie chłód, ostry chłód przeszywa.
Coraz bardziej sama jestem tu,
Dom mój cień przykrywa...

10 listopada 2012

Wieczór kiedy sama...

Księżyc jak krążek starej płyty
Której od dawna nikt nie zmienia…




Wieczór kiedy sama gotuję ryż na mleku… Trę jabłka w plasterki… Otwieram torebkę cynamonu… Pierwsza porcja tuż po wyjęciu z piekarnika.

Film. Na dziś „Godziny”. Virginia Woolf. „Fale” już któryś miesiąc leżą na nocnym stoliku. Może w końcu przeczytam. Język charakterystyczny. Wymaga skupienia. Całkowitego. Wniknięcia w strukturę.

Druga porcja ryżu. Zimna, bo nałożona zaraz po zjedzeniu pierwszej. Pani Kotek wtarabaniła się pod koc. Nie wiem co jej się uwidziało. Nigdy nie wchodzi na przykład po kołdrę. Ale pod koc lubi.

Wieczór pomału się kończy. Świecznik w jedną łapkę. W drugą flakon z różą. Duże nasze łóżko czeka na mnie samą. Przysłaniam „Jego okno” – lubię zasypiać w ciemności. Bez ulicznych latarń. Gdyby tak jeszcze bez odgłosów silników…

Płomyk szaleje na przydługim knotku. Pani Kotek przyszła i tu. Dotrzyma mi towarzystwa. Nie lubię samotnych wieczorów. Choć przyznam, że mają swój urok. To wtedy właśnie mam czas na zagłębienie się w siebie. Czuję przez skórę rytm przetłaczanej krwi. Wtedy najwyraźniej.
Do głowy przychodzą dawno niesłuchane melodie. Śnią się zaniedbane sny…

29 października 2012

O tym jak zima zaskoczyła gryzonie...

Widok za oknem od dwóch dni prezentuje się w radykalnie odmienionej kolorystyce. Nie byłam na to gotowa. Spodziewałam się tego najwcześniej za jakiś miesiąc. No może w połowie listopada. A tu masz – wstaję sobie w niedzielę, niczego nieświadoma. Najpierw dociera do mnie, że to dzień zmiany czasu. Czyli, że właściwie nie było rozpusty – w łóżku do 9 – tylko przyzwoicie o 8 wstałam. Luz. Snuję się więc do kuchni. Nastawiam wodę na herbatkę. Zaglądam do butla, w którym bąbelki świeżo nastawionego wina zaczynają leniwie i na razie z rzadka bulgotać. Podnoszę głowę do góry, bo jakoś tak ciemno jak na tą godzinę – w końcu mamy 4 (słownie cztery) okna dachowe od południa, hallou – a tu… Śnieg! Kochanie Śnieg! Wstawaj! Ziiiima!!! Idziemy lepić bałwana?!

Kochanie nie był zachwycony tą pobudką i oganiając się ode mnie, jak od natrętnej muchy, niewzruszony moimi rewelacjami odpowiedział, że to trzydziesta zima w jego życiu i nie robi już na nim takiego wrażenia, w związku z czym byłby mi wdzięczny gdybym zamknęła drzwi sypialni. Z drugiej strony. I odwraca się do mnie zadnią częścią swojego na wpół uśpionego jestestwa.

Tak, opisując pokrótce, zaskoczyła mnie zima. Nie zaskoczyły mnie jednak długie wieczory. Te były do przewidzenia. Na długie wieczory Mysi Klub Czytelniczy rekomenduje Pana W. Whartona i Pana C. Dickensa. W związku z powyższym czas jakiś temu nabyłam drogą kupna pół tuzina powieści pióra pierwszego i pół tuzina drugiego z wymienionych autorów. Ową zapobiegliwość bardzo sobie chwalę i na zmianę czytuję jednego i drugiego – do wyczerpania zapasów.

Zima mnie jednak zaskoczyła i tego nic nie zmieni. Pigwy do herbatki nie mam, ale to było do przewidzenia, bo pigwa w tym roku przemarzła była. Nie ma jednak w naszym gospodarstwie domowym nawet ćwiartki cytrynki. A wiadomo, że na zimowe wieczory najlepsza jest herbata czarna Yunan (liściasta, rekomendowana przez MKCz) z dodatkami uprzyjemniającymi chwile nieprzyjemne. Do owych dodatków należą:
-> pigwa w cukrze – brak
-> cytryna – brak
-> sok malinowy made by rodzicielka – brak
-> mniodek – jesst

Po tej krótkiej kalkulacji, czym prędzej wyciągnęłam zapasy mniodku. Dodatkowo ratuję się „sklepowym” średniej jakości syropem malinowym. Herbata czarna Yunan zawsze jest gdzieś zachomikowana, bo należy do moich ulubionych.

Podsumowując. Jest godzina szesnasta z minutami. W domu raczej ciemno. Za oknem… jakby niebawem miało być raczej ciemno. Nic tylko zaparzyć dobrą herbatkę, usiąść wygodnie z książką w fotelu i słychać dźwięcznego plumkania w rureczce. Plum….. Plum…..

4 września 2012

W powietrzu czuć jesień...

Znów. Znów czuć jesień. To dobrze. Jesień jest dobra. Przynosi ukojenie.
Gdy pierwszy raz w roku czuję jesień, mam wrażenie jakbym wracała w rodzinne strony, bez względu na to, gdzie akurat jestem.
Teraz ukojenie jest mi bardzo potrzebne. Dlatego cieszę się, że już czuć jesień.

W tym roku nie będzie żadnych przetworów, które są dla mnie kwintesencją tego okresu. Dziś za to były pieczone gruszki z sosem z malin i melisy cytrynowej. Wszystko z naszego ogrodu. Inspirowane późnymi twardymi gruszkami, które w dzieciństwie gotowała mi babcia. Wróciłam też do pieczenia chleba. Chyba cudem tylko nie zagłodziłam zakwasu. Na szczęście dwie reanimacje utrzymały go przy życiu i dzisiejszy wieczór wypełnia zapach świeżego chleba i ciepło czarnego futrzaka na nogach…

16 maja 2012

Furia zmysłów...

Spuszczona nagle z łańcucha
Zamieram karnie
Z pyskiem przy ziemi.

Wciągam w nozdrza ciepły zapach ciała.  
Nerwowy grymas odsłania kły.

Z trudem hamuję furię ataku  
Na myśl o pulsujących strugach  
pod Twoją skórą.

Pozwalam nałożyć sobie kaganiec,  
By dłużej odczuwać masochistyczną przyjemność  
Oczekiwania.  
Ale nie licz, że będzie w stanie mnie powstrzymać

Dziś to ja jestem kłusownikiem.  
W tym starciu bez reguł  
Nie masz szans.

15 maja 2012

Detox...

Raj, którego nocą pragniesz tak
Jak ja
To niebo, to raj
Dalej dalej proszę leć, proszę gnaj…



Bukiet bielutkich konwalii dyskretnym zapachem przenika moje myśli. Jakiś nierozgarnięty świerszcz umila mi zimny wieczór koncertem. Błądzę po zakurzonych zakamarkach własnego wnętrza. Stymuluję opuszki palców do odczuwania mniej oczywistego świata. Zmysłom powoli wraca pamięć. Chciałyby więcej…