1 czerwca 2013

Z okazji dnia dziecka: "Dawno, dawno temu..."

Dawno, dawno temu… Choć może to było wczoraj? Za górami, za lasami – ale nie wiem na pewno, bo możliwe, że chodziło o ten najbliższy zagajnik – żyły sobie Leśne Ludki. Tak przynajmniej utrzymuje ciocia Elma. Dorośli jej za bardzo nie wierzą, bo zdarza jej się nosić skarpetki nie do pary, a na śniadania zwykła jadać tort czekoladowy. No chyba, że jest akurat czerwiec. Wtedy woli truskawkowy z galaretką. Mówi, że od tego wychodzą jej piegi, a piegi bardzo lubi, bo są urocze i zabawne. I pasują do jej marchewkowych włosów. Tak mówi. I ja jej wierzę. Gdy sięgam pamięcią do opowiadań cioci Elmy, staje mi przed oczami letnie leniwe popołudnie, gdy siedziałyśmy na kocu pod ogromną czereśnią. Ciocia miała na sobie trampki, żółte rybaczki, czerwoną koszulkę polo i okulary o zielonych oprawkach. Skarpetki oczywiście były nie do pary, a ciocia opowiadała jedną ze swych najciekawszych historii. Właśnie tę o Leśnych Ludkach.
Leśne ludki – nie mylić ze Skrzatami. Dorosłym często się to zdarza. Myślą, że jak coś jest małe i trochę człowiekowate, to zaraz Skrzat. Bywa, że mówią Krasnoludek, ale Skrzaty nie przepadają za tym określeniem. Ech, Dorośli to czasem nic nie rozumieją. Świat małych człowiekowatych jest bardzo różnorodny, a każde z tych zazwyczaj miłych stworzonek, jest bardzo wrażliwe na punkcie swego rodu. Bo wyobraźcie sobie, że ktoś pomyli Licho i Echo. Zastanawiacie się jak można je pomylić, a to się naprawdę zdarza. Wszystko przez to, że mieszkają w podobnych miejscach. Lubią góry, lasy, jaskinie i opuszczone studnie. Ale poza tym różnią się bardzo. Opowiem Wam trochę o nich, a Wy nauczcie Dorosłych, bo takie pomyłki to już naprawdę wstyd.

Zacznijmy od Echa. Właściwie to nikt nie wie, jak Echo wygląda. Ale powiem Wam w zaufaniu, że jest bardzo malutkie. Mniejsze niż inne człowiekowate. Wstydzi się tego i unika pozostałych małych stworzeń. Nigdy nie bawi się ze Skrzatami, Rusałkami, czy Wodnikami. Woli towarzystwo Ludzi, bo przy nich wszystkie te istoty są malutkie i to dodaje mu odwagi. Gdy spotyka Ludzi od razu ich zaczepia, zachęca do zabawy i psoci przy tym okropnie. Najbardziej lubi powtarzańca. Polega to na tym, że człowiek coś mówi, krzyczy albo śpiewa, a Echo powtarza to dalej. Tak to powinno wyglądać, ale każde Echo to urwis i powtarza po swojemu. Najczęściej urywa zdania, a czasem nawet całe słowa. Gdy wołasz „gdzie jesteś Kaju?”, Echo woła „eśś aju…”. A jak wołasz „Echo!” odpowiada „ooo!”. A jak usłyszy „ciągną, ciągną sanie…” odpowiada „gnał Anię…”. Może tak bez końca. Ileż jest przy tym śmiechu i radości. Tak, Echo to całkiem fajny kompan.
Echa mieszkają samotnie lub najwyżej w parach, ale w niewielkich odległościach od innych Ech. Ich domki zbudowane są najczęściej z kamyków, a ich rozmieszczenie przypomina siatkę, której oczka nie są większe niż jedna głosa – to najpopularniejsza echowa miara. Jedna głosa to tyle, że jak Echo stanie na daszku swojego domku i coś umiarkowanie głośno krzyknie, to drugie Echo to usłyszy.
Echa zawsze rodzą się zimą. Wtedy rośliny tracą liście, a mchy pokrywa warstwa śniegu. O tej porze roku na świecie panują najlepsze warunki do powstawania Ech. Dźwięki niczym nie tłumione niosą się beztrosko po dolinach i lasach, a gdy już się ich zbierze wystarczająco dużo, wtedy rodzi się nowe Echo. A musicie wiedzieć, że choć te istotki są w swej postaci takie malutkie, to potrzeba bardzo dużo dźwięku, żeby zmaterializował się w choćby najmniejsze Echeńko.
Według tradycji, gdy małe Echo kończy trzy zimy, musi opuścić rodziców i wyprowadzić się do własnego domku w odległości co najmniej trzech głos. To znaczy, że żeby potem zaprosić ich na obiad, Echo musi wejść na dach i przekazać zaproszenie w stronę domku rodziców za pośrednictwem wujostwa lub kuzynów, którzy mieszkają bliżej. Przypomina to trochę głuchy telefon i rodzi czasem drobne nieporozumienia. Kiedyś na przykład cioteczka Echalicja, zaproszona przez swego siostrzeńca Echona na imieninową kolację, zamiast trzynastego na osiemnastą, przyszła osiemnastego na trzynastą. Dziwiła się w prawdzie, że siostrzeniec podaje kolację w porze obiadu, ale jako dobrze wychowana dama starej daty, postanowiła tego nie komentować.
Biedny Echon czekał na cioteczkę prawie do północy i martwił się ogromnie. Wiedział jednak dobrze, że w razie jakiegoś przykrego wypadku wiadomość dotarła by do niego najpóźniej w dwie godziny, bo choć Echa nie mieszkają w grupach, to komunikują się ze sobą stale i wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Wytłumaczył sobie więc całe zajście słabą pamięcią cioteczki i zdecydował, że następnym razem pośle po nią Świerszcza w liberii. – Będę miał pewność – myślał sobie – że cioteczka dotrze o czasie, a i jej pewnie będzie przyjemniej mieć towarzystwo w drodze. Jakież było jego zdumienie, gdy po pięciu dniach do drzwi jego kamiennego domku zastukała drobna rączka cioteczki. Na szczęście Echa są z natury wesołe i towarzyskie, więc Echon z radością przyjął tę niespodziewaną wizytę. Opowiadano sobie potem o niej często i chętnie. Oczywiście na odległość, więc po jakimś czasie nie wiadomo już było komu się to przydarzyło i czy na pewno chodziło o imieniny. Nie dalej jak po kilku miesiącach zapomniano zaś o niej zupełnie, bo dla odmiany, ktoś przyszedł o dwa dni za wcześnie na proszoną herbatkę i to dopiero była historia.

 Licho jest zupełnie inne. Kiedyś jeden stary Skrzat opowiadał, że spotkał Licho w opuszczonym młynie. Było wysokie i chude. Chodziło boso, nosiło spodnie podwinięte w pół łydki, a z tylnej kieszeni wystawała mu drewniana proca. Na czarnym spranym podkoszulku można było odczytać napis „Nikt nie jest doskonały”. Do tego Skrzat się zarzeka, że spod kędzierzawej czupryny wystawały małe różki.
Czasem ktoś mówi w złości „idź do Licha”, albo „niech Cię Licho porwie”. Brrr, aż mnie dreszcze przechodzą. Nie chciałabym, żeby mnie porwało. Lepiej uważać z takimi życzeniami, bo Licho może je usłyszeć. Ono zawsze słyszy to, co nie trzeba. A do tego jest złośliwe i przemądrzałe. Lubi rzucić garść piasku pod wiatr, tak żeby wpadał dzieciom do oczu. Albo strącić wielkie zimne krople, które w ulewie zatrzymały się na liściach orzecha tak, żeby wpadły prosto za kołnierz. Jak mama mówi „uważaj, bo kakao jest jeszcze gorące”, to Licho szepcze „ależ ono pachnie i jest takie słodziutkie, pij”.
Zdarza się, że Licho jest dobre. Czasem tylko coś zbroi, ale bez złych intencji. Po prostu jest nieuważne i bywa, że złamie kwiat łubinu albo szalonym pędem wystraszy żaby wygrzewające się na słońcu. Gdy takie Licho dorośnie potrafi mądrze wykorzystywać swoje zwariowane pomysły. Na przykład zrzuci czapę śniegu na zabieganego informatyka, który nie miał czasu zauważyć, że to już zima. Albo wykupi wszystkie bułki w piekarni, żeby nakłonić śpiocha do wcześniejszego wstawania, bo przecież świat o świcie jest taki piękny.
Czasem takie Licho się rodzi, ale bardzo, bardzo rzadko. Raz na dziesięć, a może nawet piętnaście lat. Niestety zazwyczaj Licha są złośliwe dla samej złośliwości. Głupie kawały wcale ich nie cieszą i przez to są jeszcze bardziej zgorzkniałe i złośliwe. Dlatego żyją zupełnie samotnie, a gdy przypadkiem wejdą na terytorium innego Licha, to przemykają czym prędzej najciemniejszymi kątami, byle jak najdalej. Może to nawet dobrze, bo wyobraźcie sobie, że trzy Licha razem wrzucają Wam kamyki do butów. To zdecydowanie zbyt wiele szczęścia na raz.
Sami widzicie, że pomylić Licho i Echo byłoby po prostu nieładnie. Jeśli usiądziecie wygodnie opowiem Wam też o innych małych stworzeniach, które żyją obok nas. Każdemu z nich należy się szacunek i każde ma dumę znacznie większą niż własna mikra postać. Pamiętajcie też, że nie wystarczy odróżniać poszczególne rody i szczepy, ani nawet znać na wyrywki pięć podstawowych cech każdego gatunku. Zawsze może się zdarzyć, że traficie właśnie na to Dobre Licho i nieocenioną stratą byłoby ten fakt przeoczyć. Wyobraźcie sobie jaka to byłaby frajda poznać takie mądre i rzadkie stworzenie.

cdn.

30 maja 2013

Deszcz jest dobry...

Czy widziałeś kiedyś deszcz? Ale czy widziałeś go naprawdę? Z bliska. Wielkie nabrzmiałe krople z impetem roztrzaskujące się o płatki nagietków.
A widziałeś jak mży? Leciutka mgiełka opadająca na świat. Otulająca wszystko szczelnie i delikatnie wilgotną warstwą. Sperla się i spływa w zagłębienia liści tworząc malutkie źródełka.
I czy stanąłeś kiedyś w prawdzie ulewy? Czułeś jak gasi pożar twoich rozbieganych myśli. Spływa za uszami, po karku, wzdłuż kręgosłupa. A ty prostujesz się, wciągasz głębiej powietrze. I po raz pierwszy rozumiesz czym jest chrzest.
Deszcz jest dobry.

10 maja 2013

Wieczory są kojące...

Ciemno już. Nie zauważyłam kiedy zapadł zmrok. Ucichły kosiarki. Zgasły ogniska. Między drzewami w sadzie unosi się po nich spłowiały dym. Rachityczny płomień świecy jest tylko małą jaśniejszą kropką i właściwie chyba chce zgasnąć.

Małż pojechał wędkować na okoliczność pępkówki. Jasno z tego wynika, że wróci jutro. Sama więc zjadłam grillowaną cukinię na tarasie. Potem spędziłam jakiś czas nad miłą lekturą. Gdy zrobiło się zbyt ciemno na czytanie z kartek, odwiedziłam kilka miejsc w sieci i trafiłam tu – do siebie. I naprawdę nie wiem, kiedy skończył się dzień. 

Choć muszę przyznać, że od jakiegoś tygodnia dni kończą się przyjemnie. A to dlatego, że staram się maksymalnie wydłużać wieczory. Mieć czas na siedzenie w ogrodzie z mężem lub książką. Lub po prostu siedzenie.
W ogóle chyba wszystko zaczyna zmierzać w dobrym kierunku. Rano jem krótkie choć niespieszne śniadanie i z kubkiem herbaty schodzę do pracowni. Pracownia nie jest tym, do czego przywykły czytelniczki wnętrzarskich i artystycznych blogów. To pracownia psychologiczna – badania kierowców, operatorów itp. To mój zawód. Chcę go wykonywać. Dlatego postanowiłam zacząć stwarzać pozory. Schodzę więc codziennie do tejże pracowni i spędzam tam przyzwoite cztery godziny. Porządkuję dokumenty, testy, przygotowuję rejestry, karty badania, ankiety. Oswajam aparaturę i miejsce. Wolę zaczynać pomału. Tak, żeby zacierały się granice tego, co przed i tego, co po.

Podobnie jest z domem. Ciągle jeszcze mieszkamy na poddaszu, ale pomału oswajam nasze nowe miejsce. Przenoszę niektóre kuchenne sprzęty i naczynia. Na ścianach wieszam już jakieś obrazy i szkice. Przy książkach kucharskich stoi anioł, "Duch Kominowy" - oczywiście przy kominie. Stolik na tarasie zawsze przykrywam obrusem. I cieszę się tym, że do obiadu czy kolacji mogę usiąść na świeżym powietrzu i patrzeć jak żyje mój ogród. Uczę się zastępować żal wdzięcznością. Staram, się nie myśleć o tym, że to nie my mieliśmy tu mieszkać, ale z czułością wspominać tych, dzięki którym możemy tu mieszkać. Próbuję zapomnieć, że odeszli zbyt wcześnie. Chcę pamiętać, że byli dla mnie dobrzy i dali mi wspaniałego męża, z którym chcę dbać o dom, który też nam dali. I ogród.

Tego mi tak bardzo brakowało. Żeby móc usiąść na zewnątrz i być jednością ze światem. Nie ograniczana przez dach i ściany. Mieć to na wyciągnięcie ręki. W każdej chwili. Taki mały prywatny luksus w zasięgu jednych drzwi. Tarasowych. Nawet jeśli powietrze pachnie dymem, a nie bzem, a dookoła słychać szum samochodów zamiast świerszczy.

Nie wiem czy tak właśnie miało być. Wiem, że muszę zadbać o to, żeby było dobrze tak, jak jest. Samo się nie zrobi ;)

26 kwietnia 2013

Pani Kreska...

Pani Kreska oswaja się pomału z aparatem, dlatego niniejszym załączam ciut lepsze ujęcia :)


A tak wygląda Pani Kreska gotowa do głaskania:

























Ps. I chyba nareszcie widać skąd imię :)

22 kwietnia 2013

Zdarta płyta, czyli ogród po raz enty...

Cudnie jest. No po prostu cudnie. Mysz niecierpliwie zaciera łapki na myśl o przeprowadzce. Małż dokłada wszelkich starań by w weekend majowy była możliwa.
A mysz nie może się doczekać, bo chce jak najszybciej być bliżej ogrodu. Wczorajsze popołudnie było tak fantastyczne w swej prostocie, że aż nie mieści się pomiędzy mysimi uszami myśl, że mogła dotychczas spędzać takie chwile inaczej.

A chodzi o tak banalną rzecz, jak czas spędzony na wiklinowej ławeczce, z pyszczkiem wystawionym do słońca, z książką, zapachem fiołków i świergotaniem ptaków. No po prostu cudnie.

Mysz snuje piękne imaginacje o posiłkach na tarasie, relaksie na kocyku w cieniu jabłoni i aromaterapii z własnego ogrodu.

W związku przenosinami warzywnika wieloletnie zioła mysz przesadziła na rabatę kwiatową. Ale zostało jeszcze część oregano, mięty i melisy cytrynowej, którą mysz uwielbia i bez której nie wyobraża sobie owocowej sałatki, więc im więcej melisy tym lepiej. Szkoda było wyrzucić to całe dobro na kompost, a wśród kwiatów nie ma już miejsca na rośliny o tak wybujałym ego. Wsadziła więc mysz wszystko do donic i ustawiła przy wejściu na taras. Obok lawendy uratowanej przed cieniem północnej strony domu i niewielkiego modrzewia.
Tam te wszystkie zioła i zielska mogą się rozrastać do woli, a raczej do granic donic, nie spędzając snu z mysich powiek koszmarami o mięcie która opanowałam całą rabatę i objęła krwawy dyktat nad ledwie zipiącymi roślinkami innych maści.

Ale dość już tych ogrodowych wywodów. Czas zakasać rękawy, bo okna w pracowni się same nie umyją.

20 kwietnia 2013

Jak żaba na jajach...


   

A właściwie to jak ropucha ;) Ale gorzej brzmi :) Nasze oczko opanowały ropuchy szare. I mnożą się na potęgę. W związku z powyższym tradycja sprzątania oczka w długi weekend majowy zostanie naruszona (nie po raz pierwszy i nie ostatni). Cóż począć, jajeczka są, niech się więc wyklują. Ropuchy podobno zjadają różne szkodniki ogrodowe, a w tym ślimaki, co się im bardzo chwali, więc niech sobie spokojnie godują ;) Żałuję tylko trochę, że nie koncertują, bo bardzo lubię wieczorny rechot. Cóż, nie można mieć wszystkiego.



"Tytułowa" ropucha na jajach :)
Trochę zagłębiłam się w temat i ten skrzek wygląda mi na żabę trawną. Ropucha szara robi "sznury". Ciekawe, bo nie widziałam w tym roku żab w oczku. Ale w zeszłym roku, przy okazji sprzątania, chyba właśnie taka jedna się z niego wyprowadzała. Tak czy inaczej "sznurów" jeszcze nie zaobserwowałam.

A to zdjęcie poglądowe. Ropuchy w grupie nie są łatwym obiektem fotograficznym, ale zapewniam, że jest ich sporo i od kilku dni ciągle ich przybywa.

A na koniec akcent ze świata flory. W moim ogrodzie z roku na rok przybywa fiołków. Ogromnie mnie to cieszy, bo uwielbiam ich zapach. Pech chciał, że najwięcej rosło ich w miejscu, w którym zakładałam rabatę kwiatową. Wiele godzin poświęciłam, żeby je zachować. Musiałam je wykopać, przenieść na inne miejsce, przekopać miejsce pod rabatę, oddzielić kępki kwiatków od trawy i posadzić w nowym miejscu. Mrówcza robota. Nie wszystkie zdążyłam przesadzić jesienią. Część zimowała w kępach trawnych. Na szczęście przezimowała i mogłam dokończyć dzieła. Teraz kwitną już w miejscu docelowym i mam nadzieję, że nadal będzie ich przybywać :)


A jeszcze z newsów sezon letni uważam za otwarty. Plecy - nie wiadomo kiedy - spalone do czerwoności bolą mnie już trzeci dzień. To teraz już chyba będzie z górki, nie? ;)

18 kwietnia 2013

Co za słońce...

Normalnie szaleństwo. Dwa tygodnie temu rasowa zima, a dziś pełnia lata. Jestem cała zakurzona i podrapana, ale szczęśliwa. Rzuciłam się na ogród jakby nic innego na świecie nie istniało. Dziś przenosiłam resztę rozproszonych roślin kwitnących na rabatę kwiatową. 

Uwielbiam kwiaty. Uwielbiam ich kolory i zapachy. Nie lubię za to jak są zagubione, rozrzucone po różnych dziwnych miejscach, samotne. Tu piękna lilia notorycznie koszona przez Małża. Tam rządek michałków stoi opuszczony i nic nie podkreśla ich jesiennego uroku. Jeszcze gdzie indziej malutki krzaczek azalii nie dość, że od północy i w cieniu, to gubi się zupełnie wśród okazałych iglaków. 

Za każdym razem, gdy coś takiego wypatrzę, to zaraz przenoszę na bardziej eksponowane miejsca. Kwiatów w tym ogrodzie nigdy nie było zbyt wiele. Miał być ładny i prosty w utrzymaniu. I był. Teraz będzie inny. Wiem, że sama na siebie bicz kręcę, ale kiedy ja tak bardzo je lubię. Każdy nowy zielony łepek wychylający się spośród grudek ziemi witam z dziką radością. Niech rosną jak najbujniej i cieszą moje zmysły.

Powinnam skończyć sprzątać pracownię, bo jutro przychodzą banery, wizytówki i inne takie. Ale chyba pójdę poprzerzucać kompost. Trzymajcie za mnie kciuki, bo w poniedziałek otwieram i zamiast dopinać wszystko na ostatni guzik sami widzicie, co robię ;)

15 kwietnia 2013

Kilka słów o zwierzyńcu...

Do serca przytul psa,
Weź na kolana kota,
Weź lupę popatrz - pchła,
Daj spokój, pchła to też istota...


W naszym miejscu żyją z nami nasi mali milusińscy. Niektórzy z Was pewnie dobrze wiedzą o jednym z futrzaków, ale pozostałym go niniejszym przedstawiam:

Oto przed Państwem Panakota, znana również jako Helena, Lenka, Pani Kotek lub po prostu Kocica.


Panakota jest z nami od czerwca 2009 roku, czyli niedługo minie 4 lata. Swoje kocie cztery lata już skończyła, bo gdy przygarnęliśmy ją ze schroniska, była oceniana na około 10 miesięcy. Miała już wtedy za sobą trudne przejścia i bardzo długo się z nami oswajała. Teraz nie ma śladu po tym wystraszonym futerku, któremu tydzień zajęło oswojenie się do tego stopnia, żeby usiąść ze mną na tej samej kanapie. Oczywiście w bezpiecznej odległości, czyli na drugim jej końcu ;)
Panakota jest rasową kocicą w znaczeniu takim, że chodzi wybitnie własnymi drogami. Robi to co chce, wtedy kiedy chce. Nie przysparza nam na szczęście zbyt wielu kłopotów, ale Małż często narzeka, że kot jest od mruczenia i przytulania, a ten nasz to ma jakiś defekt, bo przyłazi tylko jak ma na to chęci i odpowiedni nastrój. I że w ogóle nie ma to jak pies, co przybiegnie na wołanie, zamerda ogonem, ucieszy się na twój widok. Ja to się zupełnie z Małżem nie zgadzam, bo Panakota jest kochana, zabawna i całkiem przytulasta, ale między innymi z wyżej wymienionych powodów jest pies.

Niniejszym przedstawiam - Pani Kreska


Pani Kreska imię swe zawdzięcza białemu pasemku futerka, właśnie owej kresce, którą dumnie nosi pomiędzy przednimi łapami. Być może kiedys je zademonstrujemy, gdy Kreska ogarnie trochę o co chodzi z aparatem. Do naszego miejsca przybyła w lutym tego roku również ze schroniska. Miłość wybuchła od pierwszego spojrzenia tylko i wyłącznie, bo Kreska została nam objawiona przez internet. Nie wiemy dokładnie ile ma lat. Do przytuliska została przywieziona w grudniu 2011 roku i wtedy była oceniana na dwa. Zakładamy, że może mieć około trzy/cztery.

Kreseczka również nie miała łatwego życia. Ciągle się oswaja. Choć widzimy duże postępy, to serduszko mi się rozpoławia, gdy widzę jak się kuli, kiedy biorę do ręki choćby mopa. Jest przerażona. Za to prawdziwą radość dają takie momenty, jak na przykład ten, gdy pierwszy raz wybiegała na pole z zadartym do góry ogonem, którym łopotała jak chorągiewką. Do dziś śmieję się gdy tak wciąga flagę na maszt zbiegając po schodach. Stają mi wtedy przed oczami te wszystkie kreskówki, w których zza płotka widać tylko "tuptający" ogon ;)

14 kwietnia 2013

Jeszcze nie szumią kasztany, ale...

Już szumią kasztany i pachnie już wiosną
Pamiętaj kochany, by jakąś radosną
By jakąś radosną na wiosnę mieć minę
I wiosnę przywitać jak ładną dziewczynę...


Dolewam wody do czajniczka z jaśminową herbatą, w dużej filiżance topię małą łyżeczkę trzcinowego cukru, frezje na stoliku pachną obłędnie, a słońce świeci zezowato.
Nadchodzą dobre dni.


................................................................................................................................

Z pracownią już widać koniec. Może w przyszłym tygodniu otworzę, kto wie :) Nie mogę się doczekać. Nareszcie praca. I to własna. A do tego w tak pięknych, optymistycznych okolicznościach przyrody.

Z remontem w domu też mam nadzieję, że będzie już z górki. Zostało malowanie sufitów i położenie desek w jadalni. No i wieeeelkie sprzątanie ;)

Za to ogród nie może czekać. Ja z ogrodem nie chcę czekać :) Słońce pobudza ogród do życia. Ja też swoim małym wkładem pobudzam ogród do życia. Ogród nie ma wyjścia i sam pobudza się do życia :D
Wobec przenosin grządek i tymczasowego ich braku posadziłam rzodkiewkę na rabacie kwiatowej. Ale nic to, myślę, że tam też urośnie. A właściwie, to mam nadzieję, że w ogóle urośnie, bo od trzech lat nie mogę wyhodować rzodkiewki. Hańba. Zawsze myślałam, że rzodkiewka rośnie zawsze i wszędzie. Okazuje się, że nie. Mam nadzieję, że teoria o braku dostatecznego nasłonecznienia na dotychczasowym miejscu jest prawdziwa i teraz będą piękne, jędrne i ogromne ;)

11 kwietnia 2013

Powietrze...

Cudownie jest, powietrze jest,
Dwie ręce mam, dwie nogi mam,
W chlebaku chleb, do chleba ser,
Do picia deszcz...


Ogłaszam wszem i wobec uroczyście nadejście wiosny. Trochę się ociągała, przyznaję, to dość nieładnie z jej strony, ale tak mnie zachwyca swą obecnością, że wszystko jej z miejsca wybaczam. Wczoraj miałam jeszcze wątpliwości. Pojawiła się nieśmiało, niezbyt słonecznie, ale z każdym dniem rozkwita. Cudownie! Nareszcie! Brak mi płuc, żeby wziąć tak głęboki wdech, jakiego potrzebuję. Ale wpuszczam ją wszystkimi oknami. Niech wejdzie. Niech się rozgości. Niech się rozśpiewa. Niech zostanie jak najdłużej.

7 kwietnia 2013

Ja i cały mój dobytek... prawie...

Kocham cię życie
Kiedy sen kończy się, kończy się,
Kończy się o świcie
A ja się rzucam
Z nadzieją nową na budzący się dzień
...


Ja i moje pisanie przeprowadzamy się na bloggera. Z tego prostego powodu, że pisanie na blog.onet.pl stało się zdecydowanie zbyt uciążliwe, niesatysfakcjonujące i powolne. Nawet tak rzadkie pisanie jak moje.

A jako, że jestem dość przywiązana do tego bloga, choć tak często porasta kurzem, postanowiłam przeprowadzić się również z całym dotychczasowym pisaniem. Na szczęście, choć wymaga dużego nakładu pracy i cierpliwości, jest to możliwe. Bez komentarzy w prawdzie. Te zostają na swym miejscu, tam gdzie je napisano. Dla mnie jednak najważniejszy jest ten kawałek mojego życia który sama napisałam - dosłownie i w przenośni. Dlatego robię to, co robię.

Niniejszym mówię dzień dobry, a raczej dobry wieczór i do przeczytania ;)

26 stycznia 2013

O słodkich przyjemnościach...

Ech, co za wieczór. Słodyczy mi brak. Słodyczy, słodkości, cukierków, cukiereczków, ciasteczek, czekoladek. Czegoś z cukrem w składzie. Czegokolwiek.

No może nie tak całkiem czegokolwiek, bo w domu jest w prawdzie cukier, miód i trochę gorzkiej czekolady po świątecznej produkcji śliwek w tejże, to mnie nie do końca satysfakcjonuje. Od czego jednak mam w domu piekarnik? Ano od tego, żeby upiec w nim ciasto. Moje ukochane, najprostsze pod słońcem ucierane ze śliwkami. Uwielbiam je. Co roku mrożę śliweczki specjalnie z myślą o tym moim przysmaku.

Dlatego ten wieczór należy zaliczyć do udanych. Teraz siedzę sobie wygodnie z nogami w górze, w kozie napalone, z radia sączą się nastrojowe nuty, poświątecznie świecą się jeszcze kolorowe latarenki na choince i białe gwiazdki na kredensie, a ja delektuję się ciastem odrywając małe kawałeczki i wydłubując palcami gorące jeszcze śliwki. Mniam

13 stycznia 2013

O tym co dał i zabrał miniony rok...

Zauważyłam, że piszę głównie w okresach słomianego wdowieństwa. Jakoś mnie taki czas odpowiednio nastraja. Tym razem, niech więc też tak będzie.

Nigdy tego nie robiłam, a i teraz jest już trochę po niewczasie, ale spróbuję podsumować miniony rok. Bez zbędnych wstępów, przejdę od razu do rzeczy.

Już niemal rok temu zrezygnowałam z noszenia dumnego miana Kobiety Bezrobotnej na rzecz tzw. „zastępstwa”. Perspektywa dobra – co najmniej pół roku pracy W ZAWODZIE. Cały luty szczęśliwie spędziłam realizując się w owym zawodzie, po czym okazało się, że sytuacja firmy pogorszyła się nagle i drastycznie w związku z czym nieobecność „zastępowanej” jest im na rękę, natomiast obecność „zastępującej” już mniej. Coś o tym pisałam swego czasu, więc nie będę się nad tym rozpisywać.

Pech chciał, że dzięki temu epizodowi jako Kobieta Pracująca, byłam ponownie zbyt krótko Kobietą Bezrobotną (to, że przed tym „niechlubnym” miesiącem przez rok pozostawałam członkiem szlachetnej społeczności Bezrobotnych jest w tym przypadku zupełnie bez znaczenia) nie mogłam ubiegać się o dofinansowanie własnej działalności z Urzędu Pracy. I tak z Kobiety Bezrobotnej, poprzez Kobietę Pracującą, stałam się Kobietą Na Utrzymaniu Męża. W następstwie tych wypadków postanowiliśmy z rzeczonym mężem dofinansować moja własną działalność tzw. pieniędzmi z wesela. Ten plan ciągle wprowadzamy w życie.

Tej wiosny rozpakowało się kilka paczuszek i powitaliśmy na tym – podobno – najlepszym ze światów Zuzię, Igora, Kacpra i Zuzię, z czego Kacper to nasz siostrzeniec, cudowne, radosne słoneczko, które było nam w tym roku bardzo potrzebne.

Wciąż nie potrafię o tym pisać, ale czuję, że chcę. W sierpniu nagle zmarła moja teściowa. Nieraz wydaje mi się, że tyko wyjechała gdzieś na dłużej i jak wróci opowiemy jej o wszystkim, co się działo. Te myśli, a raczej nanomyśli, takie błyski, których bolesną fałszywość pojmuję zanim do końca wybrzmi ich sens. Te myśli nachodzą mnie nawet, jak oglądam nową podłogę w Jej domu lub wybieram fronty do nowych szafek w Jej kuchni. Bo opuszczamy nasze poddasze, żeby zamieszkać te dziesięć metrów obok, w Jej domu. Wszystko nie tak.

Bardzo chciałam mieć dom, ogród. Lubiłam nasze poddasze, ale marzyłam o prawdziwym domu z werandą, warzywnikiem, sadem i kwiatami w ogrodzie. Rysowałam plany. Tłumaczyłam, że to tylko taki weekendowy, letniskowy. Ale chciałam w nim mieszkać. Miał mieć spiżarnię, piwnicę-ziemiankę i garderobę w sypialni. I teraz większość z tych rzeczy będę mieć. Ale nie wiem jak się z nich cieszyć.

Czasem myślę sobie, że nie można się pogodzić ze śmiercią bliskiej osoby. Po prostu się nie da. To co napiszę zabrzmi brutalnie, ale mam na ten temat pewną teorię. Wszystko zaczyna się od rozpaczy. Trwa to dłużej lub krócej, zależy od sposobu przeżywania danej osoby. Potem te uczucia się wypalają lub sami próbujemy je wygasić. Musimy przecież dalej jakoś funkcjonować. Nigdy, tak mocno, jak minionego lata, nie dotarła do mnie głęboka prawda banalnych słów, że życie toczy się dalej. Więc staramy się odciąć od tego bólu odsuwając od siebie wszystkie wspomnienia. Odcinając, odkreślając, zamykając na najbardziej niepozorny klucz, żeby łatwiej go było zgubić. I zaczynamy zapominać. Ale nie zapominamy. Myślę, że chodzi o coś innego. Próbujemy sobie wyobrazić, że tej osoby nigdy nie było. Że to nie ona mieszkała w tym domu. Że to nie od niej te zielone szklanki. Że to nie jej okulary na biurku…

Tak myślę. Myślę, że ja tak mam. Że jest we mnie taka mieszanka. Jakby ta osoba, która odeszła, tak naprawdę nigdy nie istniała, a ta która istnieje nigdy nie odeszła. Wyjechała tylko… Na długo… Ale wróci… I może zdążę jeszcze zapytać, czy mogę mówić do niej mamo…

Na szczęście jest Kacper. Pogodny roześmiany robaczek. Dumny posiadacz czterech zębów. Ostatnio opanował unoszenie podwozia na tyle, że z pełzania przeszedł na wyższy lewel. Teraz raczkuje i wygląda wtedy jak rasowy żuczek. Jest cudowny.

A w kalendarzu znów styczeń. Ja ciągle jestem Kobietą Na Utrzymaniu Męża. W sprawie mojej własnej działalności mniej więcej od lipca nic się nie ruszyło. Zostało już bardzo niewiele, ale są to sprawy ode mnie w znacznym stopniu niezależne. Liczę, że do końca lutego uda się je domknąć.

Myślę, że do tego czasu wprowadzimy się też do domu. Chcieliśmy zrobić mały remont, ale oczywiście podeszliśmy niezbyt realistycznie do tematu. To miała być „tylko” zmiana podłogi i nowe szafki w kuchni. Żeby się poczuć bardziej, jak u siebie. Kuchnia to małe miki, ale podłoga w tej kuchni… I w salonie… I w jadalni… I w przedpokoju… Podłoga, mówiąc krótko, była w płytkach. I te płytki postanowiliśmy skuć. A potem jeszcze klej. I trochę posadzki, jak się okazało, nie do końca potrzebnie. Siłą własnych mięśni i pożyczonych drobnych maszyn i narzędzi demolujących. Gdy już się przez to przebiliśmy, a na pobojowisko wkroczyli fachowcy, prace nabrały nieco tempa. Dlatego prognozy są obiecujące.

I tą pozytywną myślą skończę na dziś, życząc sobie, żeby ten rok był lepszy…

29 listopada 2012

Tyle słońca wkoło,
A mnie chłód, ostry chłód przeszywa.
Coraz bardziej sama jestem tu,
Dom mój cień przykrywa...