17 czerwca 2011
Niezbyt optymistyczny dzień...
Słońce zwiedza inne rejony kraju, za oknem raczej szaro, balkon mam cały dzień otwarty – powinno być całkiem rześko i przyjemnie jak na dzień w pracy. Ale nie jest. Jest duszno, gęsto, a do tego nuda. Czuje się jak w czasie sesji. W głowie tysiąc pomysłów się kotłuje, coraz śmielsze plany się dobijają, a ja muszę siedzieć na tyłku…
Wspomnienie minionego lata...
Kiedyś, kiedyś, w zamierzchłych czasach, obiecałam relację z wakacyjnego wyjazdu. Jak widać, obiecać nic nie kosztuje, toteż dopiero dziś przypomniałam sobie o tej obietnicy – jednak ta nuda może się do czegoś przydać. Korzystając z tego, że niewiele osób mnie w dniu dzisiejszym niepokoi, postanowiłam pokrótce zrelacjonować tę wyprawę. Będzie to raczej fotorelacja
Zacznę od nakreślenia krótkiego szkicu trasy. Zaczęliśmy od Rumunii, a w niej Kluż, Sigiszoara, Bran, Rasznów, Braszów. Dalej przez Bułgarię – Nesebar – dotarliśmy do Turcji, gdzie spędziliśmy kilka dni w Istambule. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o rumuński Sybin i koniec
Będę opisywać miastami, w kolejności chronologicznej: KLUŻ
Bez historii i ciekawostek, które można wyczytać w przewodniku, bo i nie przewodnik tu sobie skrobię, a jedynie blog. Pierwszy nocleg znaleźliśmy w miłym hostelu w zakamarkach starówki. Niedaleko mieści się sympatyczny pubik (na zdjęciu poniżej), w którym nie omieszkaliśmy wypić sympatycznego rumuńskiego piwka.
Trafiliśmy tam tez na jakąś międzynarodową imprezę, której się nie przyglądaliśmy za bardzo, ale przypadkowo napotkany pochód reprezentacji różnych krajów, w strojach ludowych, przygrywających po swojemu po drodze, był zdecydowanie ciekawy.
SIGISZOARA, jak i cała Rumunia, nie robiła już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Widocznie punkt siedzenia zmienia punkt widzenia
Tym razem chodzi o środek transportu – z auta widać jednak trochę inną Rumunię. Na zdjęciach słynny zegar na wieży bramnej i jedna z baszt muru okalającego stare miasto.
W dalszej kolejności BRAN, kojarzony jako domniemana siedziba Drakuli, dla mnie raczej uroczy zamek Księżnej Marii, jedyny taki, jaki znam, w którym czuć jakby jeszcze niedawno ktoś w tych murach mieszkał. Najbardziej zapadły mi w pamięć wspaniałe kominki, okolone siedziskiem, takie pokoiki w pokojach
Jeszcze zamek chłopski w RASZNOWIE i Czarny Kościół w BRASZOWIE
Czarny Kościół nie zawsze był czarny. Pożar miasta z XVIIw. strawił drewniane wyposażenie i „poczernił” mury kościoła, skąd ten wziął nową nazwę. Obecnie kościół jest odrestaurowany i mury nie są już czarne, ale nazwa została
Na dziś to tyle. Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu. Obiecuję
Zacznę od nakreślenia krótkiego szkicu trasy. Zaczęliśmy od Rumunii, a w niej Kluż, Sigiszoara, Bran, Rasznów, Braszów. Dalej przez Bułgarię – Nesebar – dotarliśmy do Turcji, gdzie spędziliśmy kilka dni w Istambule. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o rumuński Sybin i koniec
Będę opisywać miastami, w kolejności chronologicznej: KLUŻ
Bez historii i ciekawostek, które można wyczytać w przewodniku, bo i nie przewodnik tu sobie skrobię, a jedynie blog. Pierwszy nocleg znaleźliśmy w miłym hostelu w zakamarkach starówki. Niedaleko mieści się sympatyczny pubik (na zdjęciu poniżej), w którym nie omieszkaliśmy wypić sympatycznego rumuńskiego piwka.
Trafiliśmy tam tez na jakąś międzynarodową imprezę, której się nie przyglądaliśmy za bardzo, ale przypadkowo napotkany pochód reprezentacji różnych krajów, w strojach ludowych, przygrywających po swojemu po drodze, był zdecydowanie ciekawy.
SIGISZOARA, jak i cała Rumunia, nie robiła już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Widocznie punkt siedzenia zmienia punkt widzenia
W dalszej kolejności BRAN, kojarzony jako domniemana siedziba Drakuli, dla mnie raczej uroczy zamek Księżnej Marii, jedyny taki, jaki znam, w którym czuć jakby jeszcze niedawno ktoś w tych murach mieszkał. Najbardziej zapadły mi w pamięć wspaniałe kominki, okolone siedziskiem, takie pokoiki w pokojach
Jeszcze zamek chłopski w RASZNOWIE i Czarny Kościół w BRASZOWIE
Czarny Kościół nie zawsze był czarny. Pożar miasta z XVIIw. strawił drewniane wyposażenie i „poczernił” mury kościoła, skąd ten wziął nową nazwę. Obecnie kościół jest odrestaurowany i mury nie są już czarne, ale nazwa została
Na dziś to tyle. Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu. Obiecuję
15 czerwca 2011
Przymusowa wycieczka. A miła...
Niezapominajki to są kwiatki z bajki,
rosną nad potoczkiem, patrzą modrym oczkiem…
Mysz musiała odwiedzić rodzime rejony kraju w celu uświetnienia swą obecnością budynku pewnego urzędu. Wycieczka z natury przymusowa, a z konieczności krótka, okazała się i tak być przyjemna i regenerująca nadwątlone zasoby psychiczne.
Zanim jednak do psyche przejdę, czuję się w obowiązku nadmienić, że młode ziemniaczki z kefirem nigdzie tak nie smakują, jak w domu, prosto z grządki wykopane (oczywiście przed zjedzeniem odpowiednio oporządzone), a truskawki krakowskie (czyt. kupione) nigdy nie będą tak słodko smakować, jak te z krzaczka urwane własnoręcznie.
Czyli wszystko jasne – mysz w domu rodzinnym była. Rodzicielka w te kilka godzin, jakie miałyśmy dla siebie, nie tylko o radość podniebienia zadbała. Wycieczka rowerowa po bliższej i dalszej okolicy, była fantastycznym pomysłem. Prawie się zachłysnęłam rześkim powietrzem, aż gęstym od zapachu traw i kwiatów. Nie wiedziałam nawet, że w tych stronach istnieją takie fajne trasy na rowerek. Słonko świeciło, ptaszki ćwierkały, auta jeździły z rzadka i to tylko na niektórych odcinkach… Zrobiłyśmy solidnie ponad dwadzieścia kilometrów, ale muszę przyznać, że wypoczęłam.
Kto by pomyślał – tyle dobrego w tak krótkim czasie
Ja chce jeszcze raz
rosną nad potoczkiem, patrzą modrym oczkiem…
Mysz musiała odwiedzić rodzime rejony kraju w celu uświetnienia swą obecnością budynku pewnego urzędu. Wycieczka z natury przymusowa, a z konieczności krótka, okazała się i tak być przyjemna i regenerująca nadwątlone zasoby psychiczne.
Zanim jednak do psyche przejdę, czuję się w obowiązku nadmienić, że młode ziemniaczki z kefirem nigdzie tak nie smakują, jak w domu, prosto z grządki wykopane (oczywiście przed zjedzeniem odpowiednio oporządzone), a truskawki krakowskie (czyt. kupione) nigdy nie będą tak słodko smakować, jak te z krzaczka urwane własnoręcznie.
Czyli wszystko jasne – mysz w domu rodzinnym była. Rodzicielka w te kilka godzin, jakie miałyśmy dla siebie, nie tylko o radość podniebienia zadbała. Wycieczka rowerowa po bliższej i dalszej okolicy, była fantastycznym pomysłem. Prawie się zachłysnęłam rześkim powietrzem, aż gęstym od zapachu traw i kwiatów. Nie wiedziałam nawet, że w tych stronach istnieją takie fajne trasy na rowerek. Słonko świeciło, ptaszki ćwierkały, auta jeździły z rzadka i to tylko na niektórych odcinkach… Zrobiłyśmy solidnie ponad dwadzieścia kilometrów, ale muszę przyznać, że wypoczęłam.
12 czerwca 2011
Umarłam, ale żyję...
Nie mam pojęcia co za tornado przeszło przez moje wnętrzności, ale w nocy z czwartku na piątek pomału żegnałam się z życiem. No może w nieco zbyt żywych barwach te przeżycia maluję, ale było zdecydowanie mało śmiesznie. Nie będę się może nadto dosadnie wyrażać, ale w pewnym momencie myślałam, że zwrócę żołądek i oddam na części. No ale żyję.
Żyję i nawet już dziś obiadek wsunęłam w te nienawistne czeluści mego brzuszka. Na razie ok. To tym bardziej istotne spostrzeżenie, że potem byli goście… grill… szaszłyczki… Póki co nie jest źle. Oby tak zostało, bo powtórki bym sobie zdecydowanie nie życzyła.
Żyję i nawet już dziś obiadek wsunęłam w te nienawistne czeluści mego brzuszka. Na razie ok. To tym bardziej istotne spostrzeżenie, że potem byli goście… grill… szaszłyczki… Póki co nie jest źle. Oby tak zostało, bo powtórki bym sobie zdecydowanie nie życzyła.
3 czerwca 2011
Drrrin drrrin...
Jak się pije drina w wieczór, kiedy cię potem tylko kot wita, to niedobrze jest. Ale drinom od przyszłej teściowej się nie odmawia.
Gorzej jest tylko jak się spóźnia odebrać telefon, a dzwoniący już śpi, gdy się do niego oddzwania…
Tęskność…
Gorzej jest tylko jak się spóźnia odebrać telefon, a dzwoniący już śpi, gdy się do niego oddzwania…
Tęskność…
2 czerwca 2011
Weekend kawalerski...
Tak trudno jest zasypiać budzić się,
gdy imię twoje echem odbija się od ścian…
I wyjechał. Na ostatnią kawalerską wyprawę dla twardzieli
…Ledwie parę godzin minęło. Parę dosłownie – dwie. Ale jakoś inaczej zasypia się, gdy druga poduszka razi swą wypukłością, taka bezwstydnie nietknięta. Inaczej oddycha się w ścianach, które odbijają jedynie szelest kocich kroków. Odwykłam od tej ciszy.
Ale ona jest dobra. Potrzebna.
Dobrze, że jest.
gdy imię twoje echem odbija się od ścian…
I wyjechał. Na ostatnią kawalerską wyprawę dla twardzieli
…Ledwie parę godzin minęło. Parę dosłownie – dwie. Ale jakoś inaczej zasypia się, gdy druga poduszka razi swą wypukłością, taka bezwstydnie nietknięta. Inaczej oddycha się w ścianach, które odbijają jedynie szelest kocich kroków. Odwykłam od tej ciszy.
Ale ona jest dobra. Potrzebna.
Dobrze, że jest.
27 marca 2011
2 lutego 2011
Śrubki i zawiaski...
Od dłuższego czasu nie oliwione śrubki i zawiaski przestały mnie lubić. Zwyczajnie. Obraziły się i wszelka współpraca odbywa się z wielką łaską z ich strony. Dupka rośnie coraz większa, brzuszek się z nią ściga, a ja zajadam dwudaniowe, sute obiadki i ruszam się tyle co do tramwaju od czasu do czasu.
Na tę okoliczność, z radością w serduszku, przyjęłam propozycję pouczęszczania na siatkówkę (jest nieźle i coraz lepiej). Radość rozkwitła mocniej, gdy Księciu nie oprotestował kursu tańca towarzyskiego (miało być mocno super).
I wczoraj była pierwsza lekcja. Bolało. Bolało psychicznie, kiedy wspomnienia z lat szkolnych zderzyły się z przykrą rzeczywistością. A rzeczywistość jest taka, że dupką, w rozmiarach przeze mnie posiadanych, macha się trudniej niż w czasach, gdy było jej trochę mniej.
W dodatku – abstrahując od kilogramów, których może nie jest aż tak strasznie dużo – ze smutkiem spostrzegłam, że zwyczajnie brakuje mi ruchu. Te śrubeczki i zawiaski to trzeba jednak podoliwić troszeczkę, bo robi się ze mnie stara pryka. Z Leniem kumplujemy się od lat, więc muszę go wziąć sposobem. Na razie niech będzie to siatkówka i taniec
Może nawet nie zauważy zmian i uda mi się ich pomalutku wprowadzić coraz więcej.
Na tę okoliczność, z radością w serduszku, przyjęłam propozycję pouczęszczania na siatkówkę (jest nieźle i coraz lepiej). Radość rozkwitła mocniej, gdy Księciu nie oprotestował kursu tańca towarzyskiego (miało być mocno super).
I wczoraj była pierwsza lekcja. Bolało. Bolało psychicznie, kiedy wspomnienia z lat szkolnych zderzyły się z przykrą rzeczywistością. A rzeczywistość jest taka, że dupką, w rozmiarach przeze mnie posiadanych, macha się trudniej niż w czasach, gdy było jej trochę mniej.
W dodatku – abstrahując od kilogramów, których może nie jest aż tak strasznie dużo – ze smutkiem spostrzegłam, że zwyczajnie brakuje mi ruchu. Te śrubeczki i zawiaski to trzeba jednak podoliwić troszeczkę, bo robi się ze mnie stara pryka. Z Leniem kumplujemy się od lat, więc muszę go wziąć sposobem. Na razie niech będzie to siatkówka i taniec
21 stycznia 2011
4 stycznia 2011
25 listopada 2010
Proszę Państwa, oto Zima...
Pada śnieg, pada śnieg,
dzwonią dzwonki sań…
No może trochę przesadzam. Ale na moim dachu leży całkiem autentyczny śnieg. Nie da się ukryć, że czuć już zimę. Kocica wgapia się tradycyjnie w przejeżdżające auta. Poranny obchód musi się odbyć.
Dopiero wtedy można poleniuchować przez resztę dnia. Mysz się leni odwrotnie. Troszkę do śniadania, a potem biorę się do pracy. Dziś akurat małe zakupy przed południem, na okoliczność nadchodzącej zimy, czyli ciepła kurteczka. W tym roku, po raz pierwszy od czasów dzieciństwa, udało mi się znaleźć ciepłe zimowe buty. Do eleganckiego płaszcza się może nie nadają, ale są całkiem zgrabne w towarzystwie kurtki. Wobec powyższego, pełna optymizmu, ruszam na polowanie
Życzcie mi powodzenia
dzwonią dzwonki sań…
No może trochę przesadzam. Ale na moim dachu leży całkiem autentyczny śnieg. Nie da się ukryć, że czuć już zimę. Kocica wgapia się tradycyjnie w przejeżdżające auta. Poranny obchód musi się odbyć.
26 października 2010
Chwile spokojności...
Ech ta złośliwość rzeczy martwych. Cały długi post postanowił się zniknąć, a ja biję się z myślami czy walczyć z nim drugi raz. To może w skrócie, mającym w potencjalności bycie długim.
Mysz jest magistrą psychologii. Pracę jakimś cudem doskrobałam i obroniłam. Dnia pamiętnego, 20 października, w środę. Szczęściem ogromnym wylosowałam pytania z zakresu studiów, na które umiałam odpowiedzieć i już dalej nie mogło być źle. Po kilku grzecznościach ze strony przewodniczącego Brzytwy, uśmiechach i uprzejmościach promotora Maciusia oraz miłych wspominkach i komplementach z ust recenzentki Sikorki, wracałam do domu, jako Pani z Tytułem.
Dzień ów wspominać będę miło choć jak przez mgłę, w przeciwieństwie do dni poprzedzających, ociekających nadmiarem kortyzolu i spętanych nerwami naprężonymi do granic możliwości. Resztę dnia spędziłam na czynnościach bezsensownych, jak spanie dla zabicia czasu.
Na czwartek zaplanowałam wypad „na ciucha”, który chodził za mną już od co najmniej miesiąca. Plany te realizowałam skrupulatnie przez bite sześć godzin. Jeszcze nigdy nie wydałam tyle kasy na rzeczy, które indywidualnie kosztują przeciętnie 10 zł.
Tego dnia odkryłam, że jestem oazą spokoju. Zadzwoniła Panna M., która broni się dnia pamiętnego, 10 listopada, niewiadomego mi dnia tygodnia. Spostrzeżenia moje dotyczące własnego tembru głosu, jego wysokości, głośności i szybkości mówienia były zgoła odmienne od świeżych jeszcze wspomnień rozmów na podobne tematy toczonych dnia uprzedniego. Zaczęło do mnie docierać, że już naprawdę „po”.
Piątek i sobota upłynęła mi bardzo produktywnie, aczkolwiek dość monotonnie, z żelazkiem w ręku przed odbiornikiem telewizyjnym. Włączonym.
Niedziela była piękna. Nie tylko ja to zauważyłam, dlatego znalezienie miejsca parkingowego bliżej centrum było gimnastyką nie lada. Niemniej, zanim do centrum, skierowaliśmy wraz z Księciem swe koła i kroki pod Halę Targową, na tak zwaną Niedzielną Szperę. Choć cenniki krakowskich handlarzy coraz częściej sprawiają wrażenie nieporozumienia, udało mi się wyłowić kilka fajnych drobiazgów. Może ktoś wie jak usunąć systematycznie przypalany brud z emaliowanego czajniczka?
Tak miło rozpoczęty dzień kontynuowaliśmy spacerem i obiadkiem w okolicach centrum. Zakończyłam go natomiast w towarzystwie Kruszynki, czyli słusznej budowy kolegi z liceum. Czas upłynął nam nader przyjemnie i szybko. Ostatecznie stanęło na tym, że mam osobistego kosmetologa.
W poniedziałek powróciłam w rodzinne pielesze. Niedługo po mnie zjawiła się Cioteczka z Wujaszkiem, którego uwielbia moja Rodzicielka, bo po prawdzie to jest bardziej jej Wujaszek
W związku z powyższym, dziś mysz drajwuje obwożąc Wujostwo po rodzince.
A teraz mam chwilę dla siebie i chyba wykorzystam ją na sen
Branoc.
Mysz jest magistrą psychologii. Pracę jakimś cudem doskrobałam i obroniłam. Dnia pamiętnego, 20 października, w środę. Szczęściem ogromnym wylosowałam pytania z zakresu studiów, na które umiałam odpowiedzieć i już dalej nie mogło być źle. Po kilku grzecznościach ze strony przewodniczącego Brzytwy, uśmiechach i uprzejmościach promotora Maciusia oraz miłych wspominkach i komplementach z ust recenzentki Sikorki, wracałam do domu, jako Pani z Tytułem.
Dzień ów wspominać będę miło choć jak przez mgłę, w przeciwieństwie do dni poprzedzających, ociekających nadmiarem kortyzolu i spętanych nerwami naprężonymi do granic możliwości. Resztę dnia spędziłam na czynnościach bezsensownych, jak spanie dla zabicia czasu.
Na czwartek zaplanowałam wypad „na ciucha”, który chodził za mną już od co najmniej miesiąca. Plany te realizowałam skrupulatnie przez bite sześć godzin. Jeszcze nigdy nie wydałam tyle kasy na rzeczy, które indywidualnie kosztują przeciętnie 10 zł.
Tego dnia odkryłam, że jestem oazą spokoju. Zadzwoniła Panna M., która broni się dnia pamiętnego, 10 listopada, niewiadomego mi dnia tygodnia. Spostrzeżenia moje dotyczące własnego tembru głosu, jego wysokości, głośności i szybkości mówienia były zgoła odmienne od świeżych jeszcze wspomnień rozmów na podobne tematy toczonych dnia uprzedniego. Zaczęło do mnie docierać, że już naprawdę „po”.
Piątek i sobota upłynęła mi bardzo produktywnie, aczkolwiek dość monotonnie, z żelazkiem w ręku przed odbiornikiem telewizyjnym. Włączonym.
Niedziela była piękna. Nie tylko ja to zauważyłam, dlatego znalezienie miejsca parkingowego bliżej centrum było gimnastyką nie lada. Niemniej, zanim do centrum, skierowaliśmy wraz z Księciem swe koła i kroki pod Halę Targową, na tak zwaną Niedzielną Szperę. Choć cenniki krakowskich handlarzy coraz częściej sprawiają wrażenie nieporozumienia, udało mi się wyłowić kilka fajnych drobiazgów. Może ktoś wie jak usunąć systematycznie przypalany brud z emaliowanego czajniczka?
Tak miło rozpoczęty dzień kontynuowaliśmy spacerem i obiadkiem w okolicach centrum. Zakończyłam go natomiast w towarzystwie Kruszynki, czyli słusznej budowy kolegi z liceum. Czas upłynął nam nader przyjemnie i szybko. Ostatecznie stanęło na tym, że mam osobistego kosmetologa.
W poniedziałek powróciłam w rodzinne pielesze. Niedługo po mnie zjawiła się Cioteczka z Wujaszkiem, którego uwielbia moja Rodzicielka, bo po prawdzie to jest bardziej jej Wujaszek
A teraz mam chwilę dla siebie i chyba wykorzystam ją na sen
21 września 2010
O złym czuciu się...
Małe dzieci już mrużą oczka,
małym dzieciom już chce się spać
już do okien zagląda nocka
będzie nam cicho śpiewać i grać…
Mysz nie najlepiej się odczuwa. Znaczy się swą psychofizyczną naturę odczuwa jako przygaszoną, osłabioną, przycupniętą pod kocykiem. Myśl, zazwyczaj lotna, nie daje sobie rady z koncentracją, a ciało, z reguły bez zarzutu, nie znajduje w sobie energii. Co robić?
Tydzień na oddanie magisterki został, a powiedzieć o niej, że jest skończona, to jak powiedzieć, że księżyc jest z ementalera.
A do tego jest postanowienie, że najpierw magisterka, potem blogowanie. Tak więc wspominki z wakacyjnej podróży najwcześniej za tydzień, a może za trzy – cztery. Bo obrona dopiero 13-go.
Tymczasem, poproszę do łóżka zanieść mysz, herbatkę z sokiem i cytryną wsunąć w łapkę, utulić i zostawić do rana.
małym dzieciom już chce się spać
już do okien zagląda nocka
będzie nam cicho śpiewać i grać…
Mysz nie najlepiej się odczuwa. Znaczy się swą psychofizyczną naturę odczuwa jako przygaszoną, osłabioną, przycupniętą pod kocykiem. Myśl, zazwyczaj lotna, nie daje sobie rady z koncentracją, a ciało, z reguły bez zarzutu, nie znajduje w sobie energii. Co robić?
Tydzień na oddanie magisterki został, a powiedzieć o niej, że jest skończona, to jak powiedzieć, że księżyc jest z ementalera.
A do tego jest postanowienie, że najpierw magisterka, potem blogowanie. Tak więc wspominki z wakacyjnej podróży najwcześniej za tydzień, a może za trzy – cztery. Bo obrona dopiero 13-go.
Tymczasem, poproszę do łóżka zanieść mysz, herbatkę z sokiem i cytryną wsunąć w łapkę, utulić i zostawić do rana.
4 sierpnia 2010
Schizofreniczna przeprowadzka...
Umilkły już ptaki w gniazdach cicho siedzą.
Świat czeka w napięciu z licem pociemniałym.
Zbudziły się biesy z driadami tańczą…
Mysz Domowa urządza się pomalutku. Ale zaprasza już miłych gości:
Mysi Domek
Mysz Polna tu zostaje i będzie Was dalej raczyć swymi wynurzeniami i wspominkami na temat przygód mniej lub bardziej karkołomnych
Ostatnią z przygód jest pobyt w mysim Domu Rodzinnym, w innym miejscu zwanym Mysimi Włościami. Podróż odbyta przeciągiem upłynęła pod znakiem filmu, książki i braku zasięgu, plus piętnaście minut spóźnienia gratis od firmy
Z filmu nic nie słyszałam w tym stukocie, książka mnie jeszcze nie wciągnęła, a brak zasięgu to brak zasięgu. Przemyśleń też brak z tej podróży. Ale liczy się to, że dotarłam. Rodzicielka wyszła mi na spotkanie
Jak miło. Bracik i Głowa Rodziny zawsze czekają w samochodzie, leniuchy jedne
W domku czekała stęskniona Siwa Babcia i tysiące kwiatów kwitnących w rodzimym ogrodzie.
Po zaspokojeniu ciekawości obu szanownych kobietek, czcigodnych członkiń mej rodziny – każdej z osobna – ruszyłam w kierunku znanego mi od pieluch domostwa, młodszej mej Zołzy-Siostry, z którą rzadko nadajemy na tych samych falach, ale nie przeszkadza nam to rozmawiać długo i o wszystkim. Wieczór zakończył się długą posiadówką w altance, w towarzystwie Rodzicieli
To w poniedziałek. A we wtorek…
No cóż, we wtorek nie przemęczałam się jakoś bardzo, choć wyznać muszę, Wysoki Sądzie, skosiłam trawnik, czego nie zwykłam czynić. Musze jednak powiedzieć prawdę – jestem z tego niezwykle dumna, a i trawka nie narzeka.
Wieczór również upłynął miło, w pobliskiej Miejscowości Wypoczynkowej. Towarzystwo przyjaciela mego, Pana Ka i jego znajomych, mnie również znanych, było nader sympatyczne. Woda w zalewie wyjątkowo ciepła, a małe piwko szczególnie smaczne. Tylko komary mi nie odpuściły. :/
A dziś jest nowy dzień. Rześki, mokry, spokojny. Po ostatnich upałach fantastyczny.
Niech trwa…
Ps. Tak na marginesie, to mysz nie jest schizofreniczką
Lubi tylko różne rzeczy, które nie zawsze do siebie pasują. ;)
EDIT:
27.02.2012r.
I po schizofrenii. Domowy blog, aż tak mnie nie pochłonął i umarł śmiercią prawie naturalną. ;)
Świat czeka w napięciu z licem pociemniałym.
Zbudziły się biesy z driadami tańczą…
Mysz Domowa urządza się pomalutku. Ale zaprasza już miłych gości:
Mysi Domek
Mysz Polna tu zostaje i będzie Was dalej raczyć swymi wynurzeniami i wspominkami na temat przygód mniej lub bardziej karkołomnych
Ostatnią z przygód jest pobyt w mysim Domu Rodzinnym, w innym miejscu zwanym Mysimi Włościami. Podróż odbyta przeciągiem upłynęła pod znakiem filmu, książki i braku zasięgu, plus piętnaście minut spóźnienia gratis od firmy
Po zaspokojeniu ciekawości obu szanownych kobietek, czcigodnych członkiń mej rodziny – każdej z osobna – ruszyłam w kierunku znanego mi od pieluch domostwa, młodszej mej Zołzy-Siostry, z którą rzadko nadajemy na tych samych falach, ale nie przeszkadza nam to rozmawiać długo i o wszystkim. Wieczór zakończył się długą posiadówką w altance, w towarzystwie Rodzicieli
No cóż, we wtorek nie przemęczałam się jakoś bardzo, choć wyznać muszę, Wysoki Sądzie, skosiłam trawnik, czego nie zwykłam czynić. Musze jednak powiedzieć prawdę – jestem z tego niezwykle dumna, a i trawka nie narzeka.
Wieczór również upłynął miło, w pobliskiej Miejscowości Wypoczynkowej. Towarzystwo przyjaciela mego, Pana Ka i jego znajomych, mnie również znanych, było nader sympatyczne. Woda w zalewie wyjątkowo ciepła, a małe piwko szczególnie smaczne. Tylko komary mi nie odpuściły. :/
A dziś jest nowy dzień. Rześki, mokry, spokojny. Po ostatnich upałach fantastyczny.
Ps. Tak na marginesie, to mysz nie jest schizofreniczką
EDIT:
27.02.2012r.
I po schizofrenii. Domowy blog, aż tak mnie nie pochłonął i umarł śmiercią prawie naturalną. ;)
16 lipca 2010
Uleje, usiece...
Czasem nagle smutniejesz
to jakby dnia ubywa
i nie wiem jak Ci pomóc…
Powietrze jest w końcu umyte i świeże – leje. Słońce hardo panoszy się pomiędzy chmurami, ale kropelkom nic a nic to nie przeszkadza w porannym desancie. Do okien unosi się zapach zmęczonego, mokrego asfaltu. Może gdzieś w tej chwili pokazała się tęcza.
…puszczam więc wtedy latawce
ze śmiechu mego śmieszne
i znowu dnia przybywa
powietrze staje się lżejsze
i lżejsza staje się wędrówka
z plecakiem wciąż coraz cięższym
nad domem przysiadła tęcza
na nieba niebieskiej gałęzi…
Kocica poszczekuje sobie cichutko do przejeżdżających samochodów, a ja cieszę się ostatnimi kropelkami stukającymi o szybę.
********************************************************************
Mysz Domowa pomalutku wyprowadza się z tego bloga. Wije już sobie gniazdko w innym miejscu. Jak się troszeczkę urządzi to wszystkich zaprosi
to jakby dnia ubywa
i nie wiem jak Ci pomóc…
Powietrze jest w końcu umyte i świeże – leje. Słońce hardo panoszy się pomiędzy chmurami, ale kropelkom nic a nic to nie przeszkadza w porannym desancie. Do okien unosi się zapach zmęczonego, mokrego asfaltu. Może gdzieś w tej chwili pokazała się tęcza.
…puszczam więc wtedy latawce
ze śmiechu mego śmieszne
i znowu dnia przybywa
powietrze staje się lżejsze
i lżejsza staje się wędrówka
z plecakiem wciąż coraz cięższym
nad domem przysiadła tęcza
na nieba niebieskiej gałęzi…
Kocica poszczekuje sobie cichutko do przejeżdżających samochodów, a ja cieszę się ostatnimi kropelkami stukającymi o szybę.
********************************************************************
Mysz Domowa pomalutku wyprowadza się z tego bloga. Wije już sobie gniazdko w innym miejscu. Jak się troszeczkę urządzi to wszystkich zaprosi
Subskrybuj:
Posty (Atom)