16 maja 2012

Furia zmysłów...

Spuszczona nagle z łańcucha
Zamieram karnie
Z pyskiem przy ziemi.

Wciągam w nozdrza ciepły zapach ciała.  
Nerwowy grymas odsłania kły.

Z trudem hamuję furię ataku  
Na myśl o pulsujących strugach  
pod Twoją skórą.

Pozwalam nałożyć sobie kaganiec,  
By dłużej odczuwać masochistyczną przyjemność  
Oczekiwania.  
Ale nie licz, że będzie w stanie mnie powstrzymać

Dziś to ja jestem kłusownikiem.  
W tym starciu bez reguł  
Nie masz szans.

15 maja 2012

Detox...

Raj, którego nocą pragniesz tak
Jak ja
To niebo, to raj
Dalej dalej proszę leć, proszę gnaj…



Bukiet bielutkich konwalii dyskretnym zapachem przenika moje myśli. Jakiś nierozgarnięty świerszcz umila mi zimny wieczór koncertem. Błądzę po zakurzonych zakamarkach własnego wnętrza. Stymuluję opuszki palców do odczuwania mniej oczywistego świata. Zmysłom powoli wraca pamięć. Chciałyby więcej…

17 marca 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła...

Zatrzymaj się, chmuro, nad nami,
Zatrzymaj się, Boża łąko,
Otul niebiesko – białymi trawami
Wyschnięte maki i kąkol…



Pogoda piękna. Ciepło i słonecznie. Dzień dobiega końca. Uchylam okna i wpuszczam do mieszkania… dym. Trochę uciążliwy, ale… ja lubię ten dym. Zapach palonych traw, ziół i liści. Przywodzi mi na myśl rześkie wieczory późnego lata. Na wietrzonej cały dzień pościeli nie ma już śladów rozgrzanego południa. Jest za to ta woń kołysząca do snu. W takich chwilach bardziej tęsknię za wsią…

13 marca 2012

O intensywności...

Wszystko ucieka gdzieś
Wszystko krąży gdzieś i zanika
Zwykle gubiąc swój sens
Zwykle z tego nic nie wynika
A ja to wszystko mam gdzieś
Póki to jakoś mnie nie dotyka
Póki nie połyka mnie
Póki na skórze mej nie rozkłada się…



Z przepastnych czeluści mojego mini lapka wygrzebałam stary dobry Happysad, który ma tą szczególną właściwość, że przynosi z sobą zawsze jakąś większą intensywność wrażeń. A że dzieje się niedużo, to przynajmniej większa intensywność wskazana. To słucham sobie…

7 marca 2012

Raz na wozie, częściej pod...

I tak to rok zaczął się obiecująco. Luty spełnił obietnice. Marzec odebrał złudzenia.

Trochę zbyt patetycznie, jak na tak prozaiczny temat jakim jest praca.

To była jednak fajna praca. W zawodzie. W dokładnie tym zawodzie do jakiego się od kilku lat przygotowywałam. I raczej nie mam już na taką pracę szans w tym mieście, jeśli jej sobie sama nie zorganizuję. Będę więc organizować. Ale to potrwa.

Tymczasem mój internetowy biznesik, świeżaczek – też z lutego, turla się pomalutku, mam nadzieję, że ku lepszemu. Pstrykam więc zdjęcia, wklepuję kolejne aukcje i pakuję towar w małe paczuszki. To ostatnie lubię najbardziej Z oczywistych względów.

Żałuję jednak tamtej pracy. Mieliśmy już z Połowcem ustalony sympatyczny rytm dnia. Codzienne wychodzenie działało na mnie stymulująco i miałam zdecydowanie więcej energii. Mróz trzaskał, ubierałam się na cebulkę i piłam większe ilości herbaty, ale jakoś tak było dobrze.
Mimo to nie narzekam. Sytuacja moich pracodawców jest dużo smutniejsza od mojej. Trochę mi tylko szkoda. Nie liczę na to, że będę mogła tam wrócić – praca i tak miała być tymczasowa, na okres zastępstwa. Mam jednak nadzieję, że jakoś wyjdą na prostą, bo to dobrzy ludzie.
Minie kilka miesięcy, zanim otworzę własną pracownię. I ciągle zastanawiam się czy ma to sens. W Krakowie jest takich od zatrzęsienia. Do tego niejasne przepisy, które dopiero mają wejść w życie. Brak rozporządzeń, bez których ustawa właściwie nie znaczy nic.
Ale mam pewne atuty, które dają mi szansę na przetrwanie na tym trudnym rynku. No i właściwie czemu nie spróbować? Trzymajcie więc kciuki. Długo i mocno. Przydadzą się.

6 stycznia 2012

Oddech lasu... na karku...

Czy krople mgły
To twoje łzy?
Podobno, czasem bywasz smutny
Jeżeli tak,
Przyjdź tu choć raz
Posłuchaj jak oddycha las…



Nastało wilgotne przedwiośnie bezpośrednio po jesiennych słotach i pluchach. Ehh… I gdzie ta mroźna, trzeszcząca i skrząca się bielą Królowa?
W Bieszczadach. Na szczytach obrała sobie trony. Na zboczach roztacza puchowe dywany. U podnóży zostawia oblodzone ślady noszące jeszcze piętno jej grożącego palca.

Minionego Sylwestra spędziliśmy właśnie tam. Ze znajomymi fanami taplania się w błocie po klamki. Ale zanim przyjechali na swych lśniących stalowych rumakach, był piątek. My z parą znajomych i ich małą księżniczką przyjechaliśmy już w czwartek. Ja w początkowej fazie zapalenia krtani (na tym się skończyło) i licho wie czego jeszcze (co udało mi się przewalczyć). Piątkowy poranek przywitał mnie drapaniem w gardle i łamaniem w kościach. Już chciałam zostać w pokoju, pod dwiema warstwami kołder i kocykiem… Mąż z kumplem wybierali się na okoliczny szczyt Smerekiem zwany, na którą to wyprawę ja również zdeklarowałam się poprzedniego wieczora. W przypływie hardości serca i niczym nieuzasadnionego optymizmu stwierdziłam, że przecież nie spędzę mojego wymarzonego Sylwestra-w-Bieszczadach leżąc w częściowej rozsypce w miejscu czasowego odosobnienia. W końcu, czym może być okoliczna górka? Właściwie, to można by zapiąć sanki i poszlibyśmy w komplecie. No ale poszliśmy w trójkę.
Mówiąc w skrócie i dość ogólnie – trasa okazała się być nieco ambitniejszą niż wynikało z moich wstępnych kalkulacji.

Początkowo-standardowo szliśmy sobie laskiem, jak na, nie przymierzając, Luboń. Podejścia mniej lub bardziej wymagające, ale nic czego nie mogłabym się spodziewać. W pewnym momencie okoliczności przyrody zaczęły jednak robić bardziej imponujące wrażenie. Wokół rozlała się mgła, a właściwie chyba chmura snująca się pomiędzy smukłymi wysokimi bukami. Mróz zacisnął wszystko w swej nieustępliwej garści wywołując głuche trzeszczenie przypominające odgłosy łamiących się konarów. Na szczęście nic nam na głowy nie spadło, ale otaczający nas woal mętnej ciszy potęgował tylko odczucie grozy. Panowie kompletnie zignorowali majestat Matki Natury, ale ja czułam się jak w pradawnej świątyni i nie miałam odwagi głośniej się odezwać, żeby nie zakłócić tego misterium. Udało mi się nakłonić męża do chwili kontemplacji i ruszyliśmy dalej. Po wyjściu z lasu spotkaliśmy grupkę turystów, która wspominała coś o silnym wietrze i niezapomnianych wrażeniach. Przyznam, że czułam się niezbyt bojowo i chciałam grzecznie rozpocząć wędrówkę w dół, tą samą drogą. Kolega Błotniak namówił mnie jednak na próbę wejścia używając argumentu, że być może szlak na Wetlinę okaże się być szybszy. Pamiętając jak przez mgłę krótkie poranne uwagi właścicielki pensjonatu, w którym się zatrzymaliśmy, żywiłam nikłą nadzieję, że Błotniak może mieć rację.

No i popełzliśmy. Było wietrznie, ale nie nieznośnie. Ograniczona widoczność wykluczała oszacowanie odległości do celu. Szliśmy więc nieomal po omacku. Po pewnym czasie wtarabaniliśmy się chyba na szczyt. Wnioskowałam po szalonym pędzie wiatru, który przetaczał się w tym miejscu niezbyt przejęty naszym istnieniem. Niestety nic nie wskazywało na to, żeby miał to być koniec naszej wspinaczki. Choć właściwie nie wspinaliśmy się już zbytnio. Szczyt nie był jednak szczytem tylko grzbietem, a to znacznie zmieniało naszą sytuację. Szliśmy mimo to dalej niezrażeni przeciwnościami losu. Wtem moim oczom ukazał się krzyż, który miał być, i na szczęście był, celem naszej podróży. A właściwie półmetkiem.

Poprosiliśmy Błotniaka o zrobienie nam symbolicznej foteczki i już na etapie wyjmowania aparatu pożałowałam tego pomysłu. Palce w ułamku sekundy zamieniały się w sopelki lodu i bałam się, że za silniejszym dotknięciem ułamią się i polecą tańcować z wichrem. Gdy już heroicznie odwdzięczyłam się Błotniakowi robiąc i jemu zdjęcie, krzyczałam z bólu i wstępnego żalu po odmrożonych palcach. Rzuciliśmy się pędem do odwrotu, a właściwie to do dalszej podróży. Na przełęczy okazało się, że do tej pory to było całkiem lekko i przyjemnie, bo wiatr wiał względnie w plecy. Teraz wiał w twarz. Przyjęliśmy to na klatę i nie zastanawiając się długo rozpoczęliśmy marsz w dół z nadzieją wypatrując lasu. Szczęśliwie pojawił się nader prędko. A przynajmniej prędzej niż zrobiłby to, gdybyśmy wracali tą samą drogą. Jak domniemywam.



Z dalszej przeprawy niewiele pamiętam. Tuptaliśmy miarowo w dół z cichą nadzieją, że już niedaleko. Do drogi dotarliśmy wraz ze zmierzchem. Gdy znajomy Inny Błotniak przyjechał w miejsce, z którego miał nas zabrać właśnie zapadał zmrok. Ja szczęśliwie przetrwałam tą wyprawę, jak również dzień, wieczór i noc następną. Zapalenie krtani objawiło się mym melodyjnym pianiem dopiero w niedzielę Noworoczną. Tym sposobem spędziliśmy niezapomnianego Sylwestra-w-Bieszczadach obiecując sobie wrócić w to miejsce w lecie w celu porównania wrażeń ze szlaku

20 listopada 2011

O upierdliwości czarnych zielonookich sierściuchów

Jak już wspomniałam we wstępie, czarna, zielonooka kocica, nosząca dla zmyły dumne miano „Helena”, jest potworem nieznośnym, którego cechuje niebywała przebiegłość w utrudnianiu swoim człowiekom codziennego funkcjonowania. Nie szukając daleko, wymienię tylko kilka z jej ulubionych zajęć. Są to:
- wbieganie pod nogi w najmniej oczekiwanym momencie – swoją drogą, już mnie zupełnie nie dziwi, że tyle sierści ginie pod kołami;
- podnoszenie gwałtownego alarmu na dźwięk otwieranej puszki kukurydzy – bo może to jednak tuńczyk;
- wystawianie nosa w kierunku talerza, spoczywającego bezpiecznie na ławie. Wystawianie oczywiście koniecznie z pozycji kolan właściciela talerza.

A jak już przy tym jesteśmy. Podchodzi toto, wskakuje na kanapę, przysiada ogonek grzecznie i siedzi taka cała niewinna jakby jej tu wcale nie było. Czeka tylko, aż zajmiesz się zawartością wspomnianego powyżej. Wychwyci wtedy odpowiedni moment, żeby niepostrzeżenie wsadzić swój mały czarny łepek w szczelinę pomiędzy ręką a udem. No przecież jej łepka nie zgnieciesz. Wtedy jedna czarna łapka, druga czarna łapka i przesuwa delikatnie swoje czarne jestestwo nieznacznie na przód. Następnie przyciąga nieco tylne łapki, równie czarne, najpierw jedną, potem drugą. I teraz gwóźdź programu – wypręża się na tych swoich czarnych szczudełkach, jedno obok drugiego i wbija je w udo, sprawiając mniej więcej taką przyjemność jak palec wsadzony między żebra. Rozgląda się przy tym po okolicy, jakby to było najbardziej naturalne miejsce do tego typu praktyk. Chcąc nie chcąc, bierzesz tą czarną złośliwość na kolana, niech już lepiej leży jak ma stać. Tym sposobem kocica osiąga założony cel i rozpoczyna kolejny etap zabawy, czyli wystawianie nosa z pozycji kolan. Jest przy tym zupełnie niezrażona twoją wiązanką puszczoną odrobinę podniesionym głosem. Kiedy jednak swoim szóstym zmysłem wykryje, że grozi jej eksmisja, zwija się taktycznie w kłębek, bo przecież „ona rozumie, że chciałabyś, spokojnie dokończyć śniadanie”. Tylko, że ty właśnie skończyłaś i chciałabyś teraz wstać i zająć się swoimi sprawami. Udając więc, że nie słyszysz wcale miarowego mruczenia, odkładasz na poduszkę zdziwioną czarność, unikając przeszywającego spojrzenia zielonych ślepków, w których maluje się ból, żal i rozczarowanie. Ależ barbarzyńca z ciebie…

8 listopada 2011

Genowefa pigwa...

Uwielbiam zapach dojrzałej pigwy. Co rok kroję ją w cienkie plasterki. Aromat jest czysty, świeży. Lekko słodkawy, cytrusowy i po prostu świeży. Bardzo ulotny. Czuć w nim ścięte mrozem, zimowe powietrze. Będzie fantastyczna, gdy nadejdą te długaśne wieczory w towarzystwie niskich temperatur…

13 października 2011

Rozgrzewająco...

Niesympatyczne drapanie w gardle i ogólne rozsypanie. Dzień w pracy należał do tych niecierpliwie wyczekujących wieczoru. W domu grzane piwo + duuużo miodu + duuużo korzennych przypraw. W kozie lekko trzaska drewko, a z kuchni słychać miarowe tykanie minutnika – mężuś robi sushi-bushi. A-psik. Oj. Chyba będzie nie najlepiej.

Ech, ale mężuś. Mężuś czasem potrafi mnie romantycznie znokautować. Zupełnie nieświadomie – bo przecież nie jest romantykiem. Ale ja i tak, znokautowana, leżę i jest mi błogo.

Taki prosty gest. Ciepły ton. „Kochanie, ale właśnie wyjechałaś tak? Bo tu cały dzień, żaden pociąg nie jechał, a teraz właśnie jedzie i to chyba Ty?” – Mężuś męskie, brudne popołudnie miał, a o żonce pomyślał, zadzwonił, zagrzał serduszko. Kochany mężuś. A teraz niech robi sushi-bushi, bo żonka lubi. Niech robi, póki żonka jeszcze jakieś smaki odróżnia. Może epek przestanie boleć

8 sierpnia 2011

I jussssz...

Ja mam wiarę, Ty masz szybki wóz,
razem łatwiej będzie nam…



Planowania było mnóstwo. Załatwiania, zaklepywania, umawiania, odbierania, próbowania. Aż przyszedł Ten Dzień. Uruchomiła się lawina i już nie dało się jej zatrzymać. Fryzjer, prysznic, suknia, makijaż, zdjęcia, do kościoła, przysięga, reszta mszy, zdjęcia, życzenia, do lokalu, przywitanie, sto lat, obiadek, tort, pierwszy taniec, zdjęcia, ufff… I dalej już na luzaka do rana. Myślałam, że będzie stresik i w ogóle. Śmiałam się cały czas. Banan mi z ust nie schodził.

Buty rzuciłam w kąt koło 1:00. Halkę zaraz koło 21:00. Wygoda na pierwszym miejscu. Zapomniałam kroków do dwóch figur w pierwszym tańcu, ale pod suknią nic nie było widać Owacje na stojąco, a po oczepinach bis

I się skończyło. Ten koniec czułam już u fryzjera. Przyszła taka świadomość, że dziś wszystkie te plany zostaną zrealizowane i już nie trzeba będzie na nic czekać. I trochę było żal. Trochę też to było niesamowite. Naprawdę wyjątkowe. Tak się mówi – ten wyjątkowy dzień. To takie oklepane i sztampowe. Ale to prawda. Najszczersza. To wszystko jest nie do podrobienia. Jednorazowe i niepowtarzalne.


5 lipca 2011

Nie wierz nigdy kobiecie...

Nie wierz nigdy kobiecie,
nie ustępuj na krok,
bo przepadłeś z kretesem…



No cóż, kontynuacji wpisu letniego nie było. Ale będzie. Z tym, że nie dziś. Na razie malutkimi kroczkami zbliżam się do TEGO dnia. I zaczynam panikować. To wszystko wydaje się zupełnie nierealne. Takie wielkie halo, że nawet jak nic się nie zmieni, to zmieni się wszystko. Dobrze, że pierwszy ślub bierze się tylko raz. Z drugim powinno być łatwiej… ;D

17 czerwca 2011

Niezbyt optymistyczny dzień...

Słońce zwiedza inne rejony kraju, za oknem raczej szaro, balkon mam cały dzień otwarty – powinno być całkiem rześko i przyjemnie jak na dzień w pracy. Ale nie jest. Jest duszno, gęsto, a do tego nuda. Czuje się jak w czasie sesji. W głowie tysiąc pomysłów się kotłuje, coraz śmielsze plany się dobijają, a ja muszę siedzieć na tyłku…

Wspomnienie minionego lata...

Kiedyś, kiedyś, w zamierzchłych czasach, obiecałam relację z wakacyjnego wyjazdu. Jak widać, obiecać nic nie kosztuje, toteż dopiero dziś przypomniałam sobie o tej obietnicy – jednak ta nuda może się do czegoś przydać. Korzystając z tego, że niewiele osób mnie w dniu dzisiejszym niepokoi, postanowiłam pokrótce zrelacjonować tę wyprawę. Będzie to raczej fotorelacja

Zacznę od nakreślenia krótkiego szkicu trasy. Zaczęliśmy od Rumunii, a w niej Kluż, Sigiszoara, Bran, Rasznów, Braszów. Dalej przez Bułgarię – Nesebar – dotarliśmy do Turcji, gdzie spędziliśmy kilka dni w Istambule. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o rumuński Sybin i koniec

Będę opisywać miastami, w kolejności chronologicznej: KLUŻ

Bez historii i ciekawostek, które można wyczytać w przewodniku, bo i nie przewodnik tu sobie skrobię, a jedynie blog. Pierwszy nocleg znaleźliśmy w miłym hostelu w zakamarkach starówki. Niedaleko mieści się sympatyczny pubik (na zdjęciu poniżej), w którym nie omieszkaliśmy wypić sympatycznego rumuńskiego piwka.





Trafiliśmy tam tez na jakąś międzynarodową imprezę, której się nie przyglądaliśmy za bardzo, ale przypadkowo napotkany pochód reprezentacji różnych krajów, w strojach ludowych, przygrywających po swojemu po drodze, był zdecydowanie ciekawy.





SIGISZOARA, jak i cała Rumunia, nie robiła już na mnie takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Widocznie punkt siedzenia zmienia punkt widzenia Tym razem chodzi o środek transportu – z auta widać jednak trochę inną Rumunię. Na zdjęciach słynny zegar na wieży bramnej i jedna z baszt muru okalającego stare miasto.








W dalszej kolejności BRAN, kojarzony jako domniemana siedziba Drakuli, dla mnie raczej uroczy zamek Księżnej Marii, jedyny taki, jaki znam, w którym czuć jakby jeszcze niedawno ktoś w tych murach mieszkał. Najbardziej zapadły mi w pamięć wspaniałe kominki, okolone siedziskiem, takie pokoiki w pokojach








Jeszcze zamek chłopski w RASZNOWIE i Czarny Kościół w BRASZOWIE





Czarny Kościół nie zawsze był czarny. Pożar miasta z XVIIw. strawił drewniane wyposażenie i „poczernił” mury kościoła, skąd ten wziął nową nazwę. Obecnie kościół jest odrestaurowany i mury nie są już czarne, ale nazwa została





Na dziś to tyle. Ciąg dalszy w przyszłym tygodniu. Obiecuję

15 czerwca 2011

Przymusowa wycieczka. A miła...

Niezapominajki to są kwiatki z bajki,
rosną nad potoczkiem, patrzą modrym oczkiem…



Mysz musiała odwiedzić rodzime rejony kraju w celu uświetnienia swą obecnością budynku pewnego urzędu. Wycieczka z natury przymusowa, a z konieczności krótka, okazała się i tak być przyjemna i regenerująca nadwątlone zasoby psychiczne.

Zanim jednak do psyche przejdę, czuję się w obowiązku nadmienić, że młode ziemniaczki z kefirem nigdzie tak nie smakują, jak w domu, prosto z grządki wykopane (oczywiście przed zjedzeniem odpowiednio oporządzone), a truskawki krakowskie (czyt. kupione) nigdy nie będą tak słodko smakować, jak te z krzaczka urwane własnoręcznie.

Czyli wszystko jasne – mysz w domu rodzinnym była. Rodzicielka w te kilka godzin, jakie miałyśmy dla siebie, nie tylko o radość podniebienia zadbała. Wycieczka rowerowa po bliższej i dalszej okolicy, była fantastycznym pomysłem. Prawie się zachłysnęłam rześkim powietrzem, aż gęstym od zapachu traw i kwiatów. Nie wiedziałam nawet, że w tych stronach istnieją takie fajne trasy na rowerek. Słonko świeciło, ptaszki ćwierkały, auta jeździły z rzadka i to tylko na niektórych odcinkach… Zrobiłyśmy solidnie ponad dwadzieścia kilometrów, ale muszę przyznać, że wypoczęłam. Kto by pomyślał – tyle dobrego w tak krótkim czasie Ja chce jeszcze raz