24 lipca 2013
Plany, plany...
Plany wyjazdowe się pomału klarują. Potem się krzyżują. I znowu klarują. Głównie plan wyjazdu do rodziców. Mała przygoda Kreseczki miała w tym krzyżowaniu również swój udział. Po zderzeniu z bliżej nieokreślonymi okolicznościami, Pani Kreska wróciła do domu z rozciętą dolną powieką. Zachowywała się jakby nigdy nic, ale wyglądała, no średnio. Pan doktor powiedział, że musiała się skaleczyć o coś ostrego typu szkło lub blacha. Do dziś zachodzę w głowę co to mogło być. Tak czy inaczej narkoza była, trzy szwy są, pies nadal zachowuje się jakby nigdy nic. W środę za tydzień szwy zdejmujemy i ruszamy. Znaczy się zdejmujemy, czekamy aż Kreska dojdzie do siebie (mniej więcej) i ruszamy. Na miejscu oddajemy się błogiemu lenistwu i nieograniczonym spotkaniom ze znajomymi. W weekend przyjeżdża Pan Kreski, a mój Małż szanowny. Powrót w niedzielę. Taki jest plan. Mam nadzieję, że w tej postaci przetrwa do dnia realizacji :)
17 lipca 2013
Ciało by chciało...
Ach, jaki piękny mamy dziś dzień. Ach, jaki piękny miałam plan. Piekarenka nie tak daleko, kawałek za nią sklepik. A, pojadę sobie na rowerze. W końcu tyle już tu mieszkam, czas oswoić bestię.
Ale los miał dla mnie inny plan. Ewidentnie nie chciał, żebym rozpoczęła karierę rowerzystki. W kołach nie było powietrza. W obydwu rowerach. W zasięgu moich poszukiwawczych możliwości nie było pompki. No i klops.
Na śniadanie zimne mleko z różnym prażonym i nieprażonym dobrem, które po pięciu minutach nieco się rozmokło i nadało brejce dziwny gorzkawy, ogórkowy posmak. Łech...
Nie ma to jak dobry początek dnia.
Ale los miał dla mnie inny plan. Ewidentnie nie chciał, żebym rozpoczęła karierę rowerzystki. W kołach nie było powietrza. W obydwu rowerach. W zasięgu moich poszukiwawczych możliwości nie było pompki. No i klops.
Na śniadanie zimne mleko z różnym prażonym i nieprażonym dobrem, które po pięciu minutach nieco się rozmokło i nadało brejce dziwny gorzkawy, ogórkowy posmak. Łech...
Nie ma to jak dobry początek dnia.
16 lipca 2013
Ja mam wiarę, Ty masz szybki wóz...
Czas nabrał dla mnie jakiejś nieprzyzwoitej prędkości. To było przecież nie dalej, jak pół roku temu... Nie wiem, jak to możliwe, że pół roku minęło półtora roku temu. To już dwa lata. Nie chce być inaczej. Tylko my ciągle młodzi i piękni ;D
8 lipca 2013
Śniadanie na tarasie...
Lubię mój ogród coraz bardziej. Jabłonka w tym roku po raz pierwszy uraczy nas swymi owocami. Brzoskwinia też nie zawiodła. Czereśnie i wiśnie nie obrodziły zbyt obficie, ale na kilka słoiczków konfitury wystarczyło. Rabata kwiatowa jest piękna i bujna. Jeszcze wiele zmian ją czeka, chociażby ze względu na to, że zioła będą przeniesione do warzywnika, ale i tak ją uwielbiam taką kwitnącą i kolorową.
Wszystko pomału nabiera odpowiednich kształtów. Zdezelowane wiklinowe mebelki zastąpiliśmy porządniejszymi drewnianymi i taras też staje się coraz przyjemniejszym miejscem. A jeszcze tyle jest do zrobienia.
Pod warzywnik jest dopiero wytyczone poletko, drewno czeka aż zbijemy z niego skrzynki. Na kompostowniki jeszcze go nawet nie kupiliśmy, a kompostu jest sporo i trzeba go będzie znów przerzucić. Z milszych wiadomości wyrosła mi na nim fantastyczna dynia i budzi mój zachwyt. Rośnie w odpowiednim miejscu, bo na samym końcu nikomu nie przeszkadzając. Do tego kilka samosiejek pomidorów, których z braku lepszego miejsca nigdzie nie przesadzam.
Dalej w planach jest budowa drewutni i postawienie niskiego płoteczku, który będzie oddzielał sad od trawnika.Oczywiście nie musi oddzielać, ale mnie zamarzyła się łąka, taka z wysoką trawą, kolorowymi kwiatkami, świerszczami i w ogóle. Postanowiłam urządzić ja w sadzie. I nawet udało mi się wstępnie przekonać małża, co wcale nie było takie łatwe. Tym sposobem będę miała prawie wszystko ulubione w jednym miejscu - warzywnik, sad i łąkę, oddzielone uroczym płotkiem, pod którym jesienią posadzę róże. Jeśli ktoś się na tym zna choć trochę lepiej ode mnie i uważa, że to zły pomysł, to nie wahajcie się mi tego zasygnalizować :) Koniecznie.
A teraz wracam do domu, bo dziś przenosimy sypialnię do właściwego pokoju. Już nie mogę się doczekać :)
Wszystko pomału nabiera odpowiednich kształtów. Zdezelowane wiklinowe mebelki zastąpiliśmy porządniejszymi drewnianymi i taras też staje się coraz przyjemniejszym miejscem. A jeszcze tyle jest do zrobienia.
Pod warzywnik jest dopiero wytyczone poletko, drewno czeka aż zbijemy z niego skrzynki. Na kompostowniki jeszcze go nawet nie kupiliśmy, a kompostu jest sporo i trzeba go będzie znów przerzucić. Z milszych wiadomości wyrosła mi na nim fantastyczna dynia i budzi mój zachwyt. Rośnie w odpowiednim miejscu, bo na samym końcu nikomu nie przeszkadzając. Do tego kilka samosiejek pomidorów, których z braku lepszego miejsca nigdzie nie przesadzam.
Dalej w planach jest budowa drewutni i postawienie niskiego płoteczku, który będzie oddzielał sad od trawnika.Oczywiście nie musi oddzielać, ale mnie zamarzyła się łąka, taka z wysoką trawą, kolorowymi kwiatkami, świerszczami i w ogóle. Postanowiłam urządzić ja w sadzie. I nawet udało mi się wstępnie przekonać małża, co wcale nie było takie łatwe. Tym sposobem będę miała prawie wszystko ulubione w jednym miejscu - warzywnik, sad i łąkę, oddzielone uroczym płotkiem, pod którym jesienią posadzę róże. Jeśli ktoś się na tym zna choć trochę lepiej ode mnie i uważa, że to zły pomysł, to nie wahajcie się mi tego zasygnalizować :) Koniecznie.
A teraz wracam do domu, bo dziś przenosimy sypialnię do właściwego pokoju. Już nie mogę się doczekać :)
23 czerwca 2013
Dziewczyński czas...
Cóż za przyjemny dzień. Po ostatnim upalnym i dusznym tygodniu jest on prawdziwym ukojeniem. Rano byłyśmy z Kreską na pierwszym prawdziwym długim spacerze. Odkrywam, że trasa, o której od dawna myślałam nie jest tak długa, jak się spodziewałam i świetnie nadaje się nawet na codzienne wyjścia. Co ważne połowa przebiega wśród łąk i nieużytków, a jak tak lubię takie tereny. Dochodzę do pewnego wniosku i podejmuję mocne postanowienie - zdecydowanie czas podjąć próby pieszego zwiedzania okolicy. Przez te lata, które tu spędziłam, byłam przekonana, że kompletnie nie ma tu gdzie wyjść i bardzo nad tym ubolewałam. Skarżyłam się, że żeby pójść na spacer gdzieś bliżej natury, muszę najpierw dojechać tam autem, bo nawet na rower nie ma tu za bardzo szans. Poniekąd to prawda, ale postanawiam nie dać się tak łatwo. Kreseczka wspaniale poradziła sobie na dzisiejszym spacerze. Była grzeczna, ale też dość swobodna. Ignorowała przejeżdżające auta, słuchała poleceń i dzielnie znosiła obszczekujące nas psy. Bez porównania z próbą sprzed około dwóch miesięcy. I to wszystko zrobiło się samo. Nie trzeba było jej przyuczać i przyzwyczajać. Wystarczyło kochać.
No i po rześkim przedpołudniu wraca słońce. A tak było miło. Bardzo lubię takie dni. Gdy powietrze jest ciepłe, a powiewy kojące. Gdy niebo zasnute warstewką chmur nie daje deszczu, a jedynie przyjemny chłód. Gdy ptaki dają szalone koncerty w koronach drzew. A ja mogę siedzieć na tarasie z książką i wypoczywać.
Wieczorem wraca nareszcie Małż po corocznym męskim wypadzie pod żagle. Dla mnie to dziwny czas, bo z jednej strony cieszę się, że on ma te kilka dni dla siebie i że ja też mogę pobyć sama ze sobą, co nie ukrywam, jest bardzo miłe i nieraz potrzebne. Z drugiej strony trochę mi go brakuje i tęsknię. Poza tym chciałabym zrobić wtedy milion rzeczy i spotkać się z wieloma osobami. Oczywiście udaje mi się połowa i gdy siadam sama w domu, bo z kimś nie dałam rady się umówić, albo gdzieś nie chciało mi się jechać, to mam wrażenie, że zmarnowałam ten czas. A w ogóle, to gdy dostaję zdjęcie ogniska ze słońcem zachodzącym nad jeziorem w tle, to po prostu mu tego zazdroszczę.
W tym roku dojrzałyśmy z Księgówką do tego, żeby zorganizować dziewczyński weekend. Księgówka, trochę się obruszyła, że tak ją nazywam, więc może wymyślę coś innego.....
Na przykład Żaba :D Ok, będzie Żaba. Znałam w prawdzie kiedyś inną Żabę, ale jakoś nie mogę wymyślić nic sensowniejszego. Hmmm... To może niech będzie Rana Esculenta, czyli żaba zielona ;) W skrócie Re. W każdym razie, póki co jesteśmy we dwie - ja i Re, mamy wstępnie ustalony termin na koniec lipca i wstępnie określony cel podróży, jako nieduże miasteczko w stylu Sandomierza lub Kazimierza. Jakieś sugestie, propozycje, własne wspomnienia?
*****************************************************************************
Tymczasem wracam do moich cudownie słodkich grejfrutów i Marqueza. A na obiad będą krewetki ;)
No i po rześkim przedpołudniu wraca słońce. A tak było miło. Bardzo lubię takie dni. Gdy powietrze jest ciepłe, a powiewy kojące. Gdy niebo zasnute warstewką chmur nie daje deszczu, a jedynie przyjemny chłód. Gdy ptaki dają szalone koncerty w koronach drzew. A ja mogę siedzieć na tarasie z książką i wypoczywać.
Wieczorem wraca nareszcie Małż po corocznym męskim wypadzie pod żagle. Dla mnie to dziwny czas, bo z jednej strony cieszę się, że on ma te kilka dni dla siebie i że ja też mogę pobyć sama ze sobą, co nie ukrywam, jest bardzo miłe i nieraz potrzebne. Z drugiej strony trochę mi go brakuje i tęsknię. Poza tym chciałabym zrobić wtedy milion rzeczy i spotkać się z wieloma osobami. Oczywiście udaje mi się połowa i gdy siadam sama w domu, bo z kimś nie dałam rady się umówić, albo gdzieś nie chciało mi się jechać, to mam wrażenie, że zmarnowałam ten czas. A w ogóle, to gdy dostaję zdjęcie ogniska ze słońcem zachodzącym nad jeziorem w tle, to po prostu mu tego zazdroszczę.
W tym roku dojrzałyśmy z Księgówką do tego, żeby zorganizować dziewczyński weekend. Księgówka, trochę się obruszyła, że tak ją nazywam, więc może wymyślę coś innego.....
Na przykład Żaba :D Ok, będzie Żaba. Znałam w prawdzie kiedyś inną Żabę, ale jakoś nie mogę wymyślić nic sensowniejszego. Hmmm... To może niech będzie Rana Esculenta, czyli żaba zielona ;) W skrócie Re. W każdym razie, póki co jesteśmy we dwie - ja i Re, mamy wstępnie ustalony termin na koniec lipca i wstępnie określony cel podróży, jako nieduże miasteczko w stylu Sandomierza lub Kazimierza. Jakieś sugestie, propozycje, własne wspomnienia?
*****************************************************************************
Tymczasem wracam do moich cudownie słodkich grejfrutów i Marqueza. A na obiad będą krewetki ;)
1 czerwca 2013
Z okazji dnia dziecka: "Dawno, dawno temu..."
Dawno, dawno temu… Choć może to
było wczoraj? Za górami, za lasami – ale nie wiem na pewno, bo możliwe, że
chodziło o ten najbliższy zagajnik – żyły sobie Leśne Ludki. Tak przynajmniej
utrzymuje ciocia Elma. Dorośli jej za bardzo nie wierzą, bo zdarza jej się nosić skarpetki
nie do pary, a na śniadania zwykła jadać tort czekoladowy. No chyba, że jest
akurat czerwiec. Wtedy woli truskawkowy z galaretką. Mówi, że od tego wychodzą
jej piegi, a piegi bardzo lubi, bo są urocze i zabawne. I pasują do jej marchewkowych
włosów. Tak mówi. I ja jej wierzę. Gdy sięgam pamięcią do opowiadań
cioci Elmy, staje mi przed oczami letnie leniwe popołudnie, gdy siedziałyśmy na
kocu pod ogromną czereśnią. Ciocia miała na sobie trampki, żółte rybaczki,
czerwoną koszulkę polo i okulary o zielonych oprawkach. Skarpetki oczywiście
były nie do pary, a ciocia opowiadała jedną ze swych najciekawszych historii. Właśnie
tę o Leśnych Ludkach.
Leśne ludki – nie mylić ze
Skrzatami. Dorosłym często się to zdarza. Myślą, że jak coś jest małe i trochę
człowiekowate, to zaraz Skrzat. Bywa, że mówią Krasnoludek, ale Skrzaty nie
przepadają za tym określeniem. Ech, Dorośli to czasem nic nie rozumieją. Świat
małych człowiekowatych jest bardzo różnorodny, a każde z tych zazwyczaj miłych
stworzonek, jest bardzo wrażliwe na punkcie swego rodu. Bo wyobraźcie sobie, że
ktoś pomyli Licho i Echo. Zastanawiacie się jak można je pomylić, a to się
naprawdę zdarza. Wszystko przez to, że mieszkają w podobnych miejscach. Lubią
góry, lasy, jaskinie i opuszczone studnie. Ale poza tym różnią się bardzo.
Opowiem Wam trochę o nich, a Wy nauczcie Dorosłych, bo takie pomyłki to już
naprawdę wstyd.
Zacznijmy od Echa. Właściwie to
nikt nie wie, jak Echo wygląda. Ale powiem Wam w zaufaniu, że jest bardzo
malutkie. Mniejsze niż inne człowiekowate. Wstydzi się tego i unika pozostałych
małych stworzeń. Nigdy nie bawi się ze Skrzatami, Rusałkami, czy Wodnikami.
Woli towarzystwo Ludzi, bo przy nich wszystkie te istoty są malutkie i to
dodaje mu odwagi. Gdy spotyka Ludzi od razu ich zaczepia, zachęca do zabawy i
psoci przy tym okropnie. Najbardziej lubi powtarzańca. Polega to na tym, że
człowiek coś mówi, krzyczy albo śpiewa, a Echo powtarza to dalej. Tak to
powinno wyglądać, ale każde Echo to urwis i powtarza po swojemu. Najczęściej
urywa zdania, a czasem nawet całe słowa. Gdy wołasz „gdzie jesteś Kaju?”, Echo
woła „eśś aju…”. A jak wołasz „Echo!” odpowiada „ooo!”. A jak usłyszy „ciągną,
ciągną sanie…” odpowiada „gnał Anię…”. Może tak bez końca. Ileż jest przy tym
śmiechu i radości. Tak, Echo to całkiem fajny kompan.
Echa mieszkają samotnie lub
najwyżej w parach, ale w niewielkich odległościach od innych Ech. Ich domki
zbudowane są najczęściej z kamyków, a ich rozmieszczenie przypomina siatkę,
której oczka nie są większe niż jedna głosa – to najpopularniejsza echowa
miara. Jedna głosa to tyle, że jak Echo stanie na daszku swojego domku i coś
umiarkowanie głośno krzyknie, to drugie Echo to usłyszy.
Echa zawsze rodzą się zimą.
Wtedy rośliny tracą liście, a mchy pokrywa warstwa śniegu. O tej porze roku na
świecie panują najlepsze warunki do powstawania Ech. Dźwięki niczym nie
tłumione niosą się beztrosko po dolinach i lasach, a gdy już się ich zbierze
wystarczająco dużo, wtedy rodzi się nowe Echo. A musicie wiedzieć, że choć te
istotki są w swej postaci takie malutkie, to potrzeba bardzo dużo dźwięku, żeby
zmaterializował się w choćby najmniejsze Echeńko.
Według tradycji, gdy małe Echo
kończy trzy zimy, musi opuścić rodziców i wyprowadzić się do własnego domku w
odległości co najmniej trzech głos. To znaczy, że żeby potem zaprosić ich na
obiad, Echo musi wejść na dach i przekazać zaproszenie w stronę domku rodziców
za pośrednictwem wujostwa lub kuzynów, którzy mieszkają bliżej. Przypomina to
trochę głuchy telefon i rodzi czasem drobne nieporozumienia. Kiedyś na przykład
cioteczka Echalicja, zaproszona przez swego siostrzeńca Echona na imieninową
kolację, zamiast trzynastego na osiemnastą, przyszła osiemnastego na trzynastą.
Dziwiła się w prawdzie, że siostrzeniec podaje kolację w porze obiadu, ale jako
dobrze wychowana dama starej daty, postanowiła tego nie komentować.
Biedny Echon czekał na cioteczkę
prawie do północy i martwił się ogromnie. Wiedział jednak dobrze, że w razie
jakiegoś przykrego wypadku wiadomość dotarła by do niego najpóźniej w dwie
godziny, bo choć Echa nie mieszkają w grupach, to komunikują się ze sobą stale
i wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Wytłumaczył sobie więc całe zajście
słabą pamięcią cioteczki i zdecydował, że następnym razem pośle po nią
Świerszcza w liberii. – Będę miał pewność – myślał sobie – że cioteczka dotrze
o czasie, a i jej pewnie będzie przyjemniej mieć towarzystwo w drodze. Jakież
było jego zdumienie, gdy po pięciu dniach do drzwi jego kamiennego domku
zastukała drobna rączka cioteczki. Na szczęście Echa są z natury wesołe i
towarzyskie, więc Echon z radością przyjął tę niespodziewaną wizytę. Opowiadano
sobie potem o niej często i chętnie. Oczywiście na odległość, więc po jakimś
czasie nie wiadomo już było komu się to przydarzyło i czy na pewno chodziło o
imieniny. Nie dalej jak po kilku miesiącach zapomniano zaś o niej zupełnie, bo
dla odmiany, ktoś przyszedł o dwa dni za wcześnie na proszoną herbatkę i to
dopiero była historia.
Licho jest zupełnie inne. Kiedyś jeden stary
Skrzat opowiadał, że spotkał Licho w opuszczonym młynie. Było wysokie i chude.
Chodziło boso, nosiło spodnie podwinięte w pół łydki, a z tylnej kieszeni
wystawała mu drewniana proca. Na czarnym spranym podkoszulku można było
odczytać napis „Nikt nie jest doskonały”. Do tego Skrzat się zarzeka, że spod
kędzierzawej czupryny wystawały małe różki.
Czasem ktoś mówi w złości „idź
do Licha”, albo „niech Cię Licho porwie”. Brrr, aż mnie dreszcze przechodzą.
Nie chciałabym, żeby mnie porwało. Lepiej uważać z takimi życzeniami, bo Licho
może je usłyszeć. Ono zawsze słyszy to, co nie trzeba. A do tego jest złośliwe
i przemądrzałe. Lubi rzucić garść piasku pod wiatr, tak żeby wpadał dzieciom do
oczu. Albo strącić wielkie zimne krople, które w ulewie zatrzymały się na
liściach orzecha tak, żeby wpadły prosto za kołnierz. Jak mama mówi „uważaj, bo
kakao jest jeszcze gorące”, to Licho szepcze „ależ ono pachnie i jest takie
słodziutkie, pij”.
Zdarza się, że Licho jest dobre.
Czasem tylko coś zbroi, ale bez złych intencji. Po prostu jest nieuważne i
bywa, że złamie kwiat łubinu albo szalonym pędem wystraszy żaby wygrzewające
się na słońcu. Gdy takie Licho dorośnie potrafi mądrze wykorzystywać swoje zwariowane
pomysły. Na przykład zrzuci czapę śniegu na zabieganego informatyka, który nie
miał czasu zauważyć, że to już zima. Albo wykupi wszystkie bułki w piekarni,
żeby nakłonić śpiocha do wcześniejszego wstawania, bo przecież świat o świcie
jest taki piękny.
Czasem takie Licho się rodzi,
ale bardzo, bardzo rzadko. Raz na dziesięć, a może nawet piętnaście lat.
Niestety zazwyczaj Licha są złośliwe dla samej złośliwości. Głupie kawały wcale
ich nie cieszą i przez to są jeszcze bardziej zgorzkniałe i złośliwe. Dlatego
żyją zupełnie samotnie, a gdy przypadkiem wejdą na terytorium innego Licha, to
przemykają czym prędzej najciemniejszymi kątami, byle jak najdalej. Może to
nawet dobrze, bo wyobraźcie sobie, że trzy Licha razem wrzucają Wam kamyki do
butów. To zdecydowanie zbyt wiele szczęścia na raz.
Sami widzicie, że pomylić Licho
i Echo byłoby po prostu nieładnie. Jeśli usiądziecie wygodnie opowiem Wam też o
innych małych stworzeniach, które żyją obok nas. Każdemu z nich należy się
szacunek i każde ma dumę znacznie większą niż własna mikra postać. Pamiętajcie
też, że nie wystarczy odróżniać poszczególne rody i szczepy, ani nawet znać na
wyrywki pięć podstawowych cech każdego gatunku. Zawsze może się zdarzyć, że
traficie właśnie na to Dobre Licho i nieocenioną stratą byłoby ten fakt
przeoczyć. Wyobraźcie sobie jaka to byłaby frajda poznać takie mądre i rzadkie
stworzenie.
cdn.
30 maja 2013
Deszcz jest dobry...
Czy widziałeś kiedyś deszcz? Ale
czy widziałeś go naprawdę? Z bliska. Wielkie nabrzmiałe krople z impetem
roztrzaskujące się o płatki nagietków.
A widziałeś jak mży? Leciutka
mgiełka opadająca na świat. Otulająca wszystko szczelnie i delikatnie wilgotną
warstwą. Sperla się i spływa w zagłębienia liści tworząc malutkie źródełka.
I czy stanąłeś kiedyś w prawdzie
ulewy? Czułeś jak gasi pożar twoich rozbieganych myśli. Spływa za uszami, po
karku, wzdłuż kręgosłupa. A ty prostujesz się, wciągasz głębiej powietrze. I po
raz pierwszy rozumiesz czym jest chrzest.
Deszcz jest dobry.
10 maja 2013
Wieczory są kojące...
Ciemno już. Nie zauważyłam kiedy zapadł zmrok. Ucichły
kosiarki. Zgasły ogniska. Między drzewami w sadzie unosi się po nich spłowiały
dym. Rachityczny płomień świecy jest tylko małą jaśniejszą kropką i
właściwie chyba chce zgasnąć.
Małż pojechał wędkować na okoliczność pępkówki. Jasno z tego wynika, że wróci jutro. Sama więc zjadłam grillowaną cukinię na tarasie. Potem
spędziłam jakiś czas nad miłą lekturą. Gdy zrobiło się zbyt ciemno na czytanie
z kartek, odwiedziłam kilka miejsc w sieci i trafiłam tu – do siebie. I
naprawdę nie wiem, kiedy skończył się dzień.
Choć muszę przyznać, że od jakiegoś tygodnia dni kończą się
przyjemnie. A to dlatego, że staram się maksymalnie wydłużać wieczory. Mieć czas na siedzenie w ogrodzie z mężem lub książką. Lub po prostu siedzenie.
W ogóle chyba wszystko zaczyna zmierzać w dobrym kierunku. Rano jem krótkie choć niespieszne śniadanie i z kubkiem herbaty schodzę do
pracowni. Pracownia nie jest tym, do czego przywykły czytelniczki wnętrzarskich
i artystycznych blogów. To pracownia psychologiczna – badania kierowców,
operatorów itp. To mój zawód. Chcę go wykonywać. Dlatego postanowiłam zacząć stwarzać pozory. Schodzę więc
codziennie do tejże pracowni i spędzam tam przyzwoite cztery godziny.
Porządkuję dokumenty, testy, przygotowuję rejestry, karty badania, ankiety.
Oswajam aparaturę i miejsce. Wolę zaczynać pomału. Tak, żeby zacierały się
granice tego, co przed i tego, co po.
Podobnie jest z domem. Ciągle jeszcze mieszkamy na poddaszu,
ale pomału oswajam nasze nowe miejsce. Przenoszę niektóre kuchenne sprzęty i
naczynia. Na ścianach wieszam już jakieś obrazy i szkice. Przy książkach kucharskich stoi anioł, "Duch Kominowy" - oczywiście przy kominie. Stolik na tarasie
zawsze przykrywam obrusem. I cieszę się tym, że do obiadu czy kolacji mogę
usiąść na świeżym powietrzu i patrzeć jak żyje mój ogród. Uczę się zastępować
żal wdzięcznością. Staram, się nie myśleć o tym, że to nie my mieliśmy tu
mieszkać, ale z czułością wspominać tych, dzięki którym możemy tu mieszkać.
Próbuję zapomnieć, że odeszli zbyt wcześnie. Chcę pamiętać, że byli dla mnie
dobrzy i dali mi wspaniałego męża, z którym chcę dbać o dom, który też nam
dali. I ogród.
Tego mi tak bardzo brakowało. Żeby móc usiąść na zewnątrz i
być jednością ze światem. Nie ograniczana przez dach i ściany. Mieć to na
wyciągnięcie ręki. W każdej chwili. Taki mały prywatny luksus w zasięgu jednych
drzwi. Tarasowych. Nawet jeśli powietrze pachnie dymem, a nie bzem, a dookoła
słychać szum samochodów zamiast świerszczy.
Nie wiem czy tak właśnie miało być. Wiem, że muszę zadbać o to, żeby było dobrze tak, jak jest. Samo się nie zrobi ;)
26 kwietnia 2013
Pani Kreska...
Pani Kreska oswaja się pomału z aparatem, dlatego niniejszym załączam ciut lepsze ujęcia :)
A tak wygląda Pani Kreska gotowa do głaskania:
Ps. I chyba nareszcie widać skąd imię :)
22 kwietnia 2013
Zdarta płyta, czyli ogród po raz enty...
Cudnie jest. No po prostu cudnie. Mysz niecierpliwie zaciera łapki na myśl o przeprowadzce. Małż dokłada wszelkich starań by w weekend majowy była możliwa.
A mysz nie może się doczekać, bo chce jak najszybciej być bliżej ogrodu. Wczorajsze popołudnie było tak fantastyczne w swej prostocie, że aż nie mieści się pomiędzy mysimi uszami myśl, że mogła dotychczas spędzać takie chwile inaczej.
A chodzi o tak banalną rzecz, jak czas spędzony na wiklinowej ławeczce, z pyszczkiem wystawionym do słońca, z książką, zapachem fiołków i świergotaniem ptaków. No po prostu cudnie.
Mysz snuje piękne imaginacje o posiłkach na tarasie, relaksie na kocyku w cieniu jabłoni i aromaterapii z własnego ogrodu.
W związku przenosinami warzywnika wieloletnie zioła mysz przesadziła na rabatę kwiatową. Ale zostało jeszcze część oregano, mięty i melisy cytrynowej, którą mysz uwielbia i bez której nie wyobraża sobie owocowej sałatki, więc im więcej melisy tym lepiej. Szkoda było wyrzucić to całe dobro na kompost, a wśród kwiatów nie ma już miejsca na rośliny o tak wybujałym ego. Wsadziła więc mysz wszystko do donic i ustawiła przy wejściu na taras. Obok lawendy uratowanej przed cieniem północnej strony domu i niewielkiego modrzewia.
Tam te wszystkie zioła i zielska mogą się rozrastać do woli, a raczej do granic donic, nie spędzając snu z mysich powiek koszmarami o mięcie która opanowałam całą rabatę i objęła krwawy dyktat nad ledwie zipiącymi roślinkami innych maści.
Ale dość już tych ogrodowych wywodów. Czas zakasać rękawy, bo okna w pracowni się same nie umyją.
A mysz nie może się doczekać, bo chce jak najszybciej być bliżej ogrodu. Wczorajsze popołudnie było tak fantastyczne w swej prostocie, że aż nie mieści się pomiędzy mysimi uszami myśl, że mogła dotychczas spędzać takie chwile inaczej.
A chodzi o tak banalną rzecz, jak czas spędzony na wiklinowej ławeczce, z pyszczkiem wystawionym do słońca, z książką, zapachem fiołków i świergotaniem ptaków. No po prostu cudnie.
Mysz snuje piękne imaginacje o posiłkach na tarasie, relaksie na kocyku w cieniu jabłoni i aromaterapii z własnego ogrodu.
W związku przenosinami warzywnika wieloletnie zioła mysz przesadziła na rabatę kwiatową. Ale zostało jeszcze część oregano, mięty i melisy cytrynowej, którą mysz uwielbia i bez której nie wyobraża sobie owocowej sałatki, więc im więcej melisy tym lepiej. Szkoda było wyrzucić to całe dobro na kompost, a wśród kwiatów nie ma już miejsca na rośliny o tak wybujałym ego. Wsadziła więc mysz wszystko do donic i ustawiła przy wejściu na taras. Obok lawendy uratowanej przed cieniem północnej strony domu i niewielkiego modrzewia.
Tam te wszystkie zioła i zielska mogą się rozrastać do woli, a raczej do granic donic, nie spędzając snu z mysich powiek koszmarami o mięcie która opanowałam całą rabatę i objęła krwawy dyktat nad ledwie zipiącymi roślinkami innych maści.
Ale dość już tych ogrodowych wywodów. Czas zakasać rękawy, bo okna w pracowni się same nie umyją.
20 kwietnia 2013
Jak żaba na jajach...
A właściwie to jak ropucha ;) Ale gorzej brzmi :) Nasze oczko opanowały ropuchy szare. I mnożą się na potęgę. W związku z powyższym tradycja sprzątania oczka w długi weekend majowy zostanie naruszona (nie po raz pierwszy i nie ostatni). Cóż począć, jajeczka są, niech się więc wyklują. Ropuchy podobno zjadają różne szkodniki ogrodowe, a w tym ślimaki, co się im bardzo chwali, więc niech sobie spokojnie godują ;) Żałuję tylko trochę, że nie koncertują, bo bardzo lubię wieczorny rechot. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
"Tytułowa" ropucha na jajach :)
| A to zdjęcie poglądowe. Ropuchy w grupie nie są łatwym obiektem fotograficznym, ale zapewniam, że jest ich sporo i od kilku dni ciągle ich przybywa. |
A na koniec akcent ze świata flory. W moim ogrodzie z roku na rok przybywa fiołków. Ogromnie mnie to cieszy, bo uwielbiam ich zapach. Pech chciał, że najwięcej rosło ich w miejscu, w którym zakładałam rabatę kwiatową. Wiele godzin poświęciłam, żeby je zachować. Musiałam je wykopać, przenieść na inne miejsce, przekopać miejsce pod rabatę, oddzielić kępki kwiatków od trawy i posadzić w nowym miejscu. Mrówcza robota. Nie wszystkie zdążyłam przesadzić jesienią. Część zimowała w kępach trawnych. Na szczęście przezimowała i mogłam dokończyć dzieła. Teraz kwitną już w miejscu docelowym i mam nadzieję, że nadal będzie ich przybywać :)
A jeszcze z newsów sezon letni uważam za otwarty. Plecy - nie wiadomo kiedy - spalone do czerwoności bolą mnie już trzeci dzień. To teraz już chyba będzie z górki, nie? ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
