Ech, ale mężuś. Mężuś czasem potrafi mnie romantycznie znokautować. Zupełnie nieświadomie – bo przecież nie jest romantykiem. Ale ja i tak, znokautowana, leżę i jest mi błogo.
Taki prosty gest. Ciepły ton. „Kochanie, ale właśnie wyjechałaś tak? Bo tu cały dzień, żaden pociąg nie jechał, a teraz właśnie jedzie i to chyba Ty?” – Mężuś męskie, brudne popołudnie miał, a o żonce pomyślał, zadzwonił, zagrzał serduszko. Kochany mężuś. A teraz niech robi sushi-bushi, bo żonka lubi. Niech robi, póki żonka jeszcze jakieś smaki odróżnia. Może epek przestanie boleć
