takie dziwne coś…
…W sumie to bym poszła spać. Nie chce mi się absolutnie nic. Po dwóch dniach teoretycznego lenistwa, gdy zamiast do południa spałam: w sobotę do 7:30 – bo chciałam Księciu pomóc w drobnych pracach fizycznych, w niedzielę do 7:00 bo się wyspałam. Dziś za to bardzo znielubiłam budzik, bo jak otworzyłam jedno oko, by na niego zerknąć, ukazała mi się godzina 6:10 (budzik nastawiony na 6:15) – ani wstawać ani spać.
Praktyki przetrwałam, nawet nie zasnęłam w tramwaju, w drodze tak ku przeznaczeniu, jak i z powrotem. Powrót nastąpił przed dwiema godzinami i niósł ze sobą mocne postanowienie rozesłania w końcu tych cholernych testów (czyt. badania do magisterki). Niestety, jak już mam internet, to poczta się za nic włączyć nie chce. I tak wykonuję całą listę bezcelowych czynności na kompku, ogryzam wędzonego tuna, zagryzam go blu-pleśnią i myślę sobie, że nie chce mi się myć garów.
Na domiar bezsensu Księciu jeszcze z półtora godziny będzie się plątał gdzieś po Krakówku, załatwiając rzeczy ważne.
I tak siedzimy sobie z Kocicą. Znaczy się ja siedzę z Kocicą. Kociaca ze mną siaduje.
W związku z powyższym pójdę jednak spać. Na chwileczkę. Taką maluteńką drzemkę sobie utnę. Aż wróci Księciu. I już się biorę do pracy

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz