Szukaj mnie
cierpliwie
dzień po dniu…
- Co robi mysz jak ma za dużo rzeczy na głowie? - Przytwierdza dodatkową półeczkę.
Już nie pamiętam o czym ostatnio było. A, długi weekend. W Gorcach była mysz.
Pogoda piękna, towarzystwo fajne, tylko góry trochę rozczarowały. No ale wypoczynek aktywny, coby nie było
Potem mysz weszła z czasem na debet i nie może się wygrzebać. Ale wśród tego zabiegania są i plusy, bo nie wszystko ciężką pracą jest ;P Uchylając rąbka tajemnicy, napiszę tylko, że mysz wstępnie przestała narzekać na emigrację wszystkich interesujących facetów na Marsa, w związku z czym Panna M. może nieco odetchnąć, ale ciii… Poza tym z ciekawych rzeczy, to chyba mam gruźlicę, albo zadomowiły się we mnie jakieś ludzio-lubne skrzaty co mnie gilgaja w gardziołko. A w ogóle to jutro zajęcia mam o 10:15 i powinnam już iść spać, bo będę chodzić, jak dziś, z oczami na zapałkach.
Nie po to
z liter wyrastasz,
byś w jednym
skończył słowie… Się dzieje dalej. Moje życie toczy się siłą rozpędu i wychodzi na to, że nabiera coraz większej prędkości. W dniu dzisiejszym (a co, niech zabrzmi patetycznie ;P ) podczas Walnego Zgromadzenia członków Koła Naukowego X w głosowaniu tajnym zostałam wybrana Prezesem w.w. koła. Nie wiem kiedy to się zaczęło, ale już co najmniej od roku słowo „tak” jest najczęstszą odpowiedzią z mojej strony na różne propozycje. I bynajmniej nie mam tu na myśli braku asertywności. Właściwie to dzięki temu w moim życiu zadziało się kilka fajnych rzeczy. I właściwie to dobrze mi z tym. Czasem, w obliczu kolejnych „propozycji”, które mniej lub bardziej bezpośrednio dostaję od życia, przychodzi obawa. Lęk, że już niedługo nie wyrobię na którymś zakręcie. Ale każda rzecz, której się podejmuję i która kończy się sukcesem, dodaje mi wiary, że jest dobrze. Że nie chodzi tylko o to, że to się „samo dzieje”. Że tak właśnie ma się dziać, bo to właśnie ja jestem w stanie sobie z tym poradzić. I kurka, podoba mi się to
Szczęście przyjdzie do mnie w nocy. Kiedy już zamknę powieki na siedem spustów. Usiądzie przy mnie cicho.A ja się nie obudzę. Bo właśnie śnię, by nie pamiętać, że dziś nie przyszło do mnie szczęście. Nim wstanę wzgardzone odejdzie.A ja witając świt znów odurzę się swym oddechem. I przeżyję kolejny dzień. Byle do nocy.
Zaraz trafi mnie szlag! Jak dobrze trafi, to mój komputer przeżyje i nie wyrzucę go przez okno. A nawet jak go wyrzucę to przeżyje, bo mieszkam na parterze. I gdzie tu jest sprawiedliwość??
Światło z kolejnym świtem
ciągle nazywam życiem,
które spokojnie toczy
swą nieuchronność nocy…W moim życiu są ludzie. Ludzie, których spotykam raz, przelotnie. Z którymi zamieniam kilka zdań, do których się uśmiecham, na których patrzę. Ludzie, którzy mówią mi która godzina. Z którymi zatracam się w rozmowach. Ludzie do których się przytulam. Dla których czasem parzę herbatę.Dobrze mi z tymi ludźmi. Kocham ich czas, ich ciepło, ich myśli. Cieszę się, że są. Że uśmiechają się do mnie.Kocham ich za to, że przechodzą przez moje życie. Kocham ich za to, że w nim zostają. Kocham ich za to, że byli, gdzieś są lub kiedyś będą…
Mój świat drży na pajęczynie za krótkich spojrzeń, dogasających słów. A ja chcę zniknąć w sobie. Tak, jak znikałaby brązowa perła otulana zieloną, kolczastą łupinką, gdyby jakiś zegar nakręcić na wstecznym biegu. Ale zegary nie mają wstecznych biegów. Zegary w ogóle nie są podobne do samochodów. I ja znikam w sobie zwyczajnie. Tak zwyczajnie, jak się pojawiłam. Szkoda, że nie umiem znikać w pojawianiu się, a zegary w ogóle nie są podobne do samochodów. Dziś szczelnie otuli mnie ciepły strumień. Odgłosy świata zagłuszy szum kropli roztrzaskujących się o skórę. Granice mojego ciała wyznaczy mapa cienkich, gorących stróżek, spływających do samych stóp. Co z tego, że zegary nie są podobne do samochodów…
Biciem kopyt rwę sieci nocy,
skrzydeł szałem przewracam świat,
kiedy myśl mą zamieniam w pocisk
nie ma murów, wędzideł i krat… Piękna. Ciepła. Złocista. Pełna.Z pełnym słońcem i pełnym księżycem. I choć Droga Rodzicielka wywołała falę niczym nieukojonej zazdrości, swym telefonem z pozdrowieniami z Pięknych Bieszczadzkich Połonin, to w Parku Jordana też było cudownie:) I bez żadnych mgieł ograniczających widoczność (a dobrze im tak, a co!) W pięknym, gęstym słońcu. Wśród liści majestatycznie kręcących piruety w swej ostatniej drodze. Mrrr…. Co prawda ludzi trochę za dużo jak dla mojej samotniczej natury, ale zawsze można znaleźć jakieś drzewo, pod którym nikt nie siedzi i wystawić pyszczek do promyczków.:)
A tu coś z cyklu: Radosta Twórczość Ludowa
To sobota. A jak najlepiej zakończyć weekend? Oglądając kolejne dzieło mistrza Kusturicy
Najlepiej w doborowym towarzystwie Mistrza Artysty W.
Żeby główne danie lepiej smakowało, wieczór rozpoczynamy od herbatki w Botanice. Jaśminowa. Tak! Mrraaaaauu… Odurzający zapach… Uwielbiam…
Do tego miła konwersacja, przetykana historiami mrożącymi krew w żyłach z cyklu „Dla facetów, dla których jest miejsce w moim gabinecie, nie ma go w moim łóżku” ;P Doprawiona naręczami łachozdzierstwa i zgrabnej autoironii. „Obiecaj mi” – wszystko o co poprosisz!
Nikt nie potrafi wprowadzić mnie w taki nastrój jak Kusturica. Może padać, lać, rzucać żabami, a ja i tak będę się cieszyć jak głupia wychodząc z kina. Nawet sama do siebie. Na szczęście nie zawsze. Więc skoro już mam to miłe towarzystwo, to co zrobić z resztą tak ciekawie zapowiadającego się wieczoru? Zjeść zapiekankę grecką w Okrąglaku i wypić piwo w Habanie. Pierwszy zimny dreszcz przeszedł mnie, gdy zobaczyłam zakratowane drzwi Habany. Drugi, gdy ostatnie okienko w Okrąglaku zamknęło się po wydaniu nam zapiekanek. Trzeci, gdy zobaczyłam wygaszone światła na piętrze Krainy Szeptów. Robiło się już całkiem nieprzyjemnie i zaczynałam przyjmować zakłady, czy to godzina dwunasta stała się Godziną Policyjną, czy też wracamy do starej dobrej tradycji Godziny Duchów. No bo przepraszam bardzo, jest niedziela, tak? Godzina dwunasta, zwana północą, tak? Ja wiem, że niedziela to nie sobota. No ale niedziela! Wrrr…
Na szczęście w odmętach gęstniejącej nocy, oprócz nęcącego blasku księżyca, na horyzoncie, niczym światła latarni morskiej, rozbłysły nieśmiałe płomyczki świec i promyczki żarówek u niezawodnego Singera. Opuściwszy w tym miejscu kotwicę, usadowiłam całe swe jestestwo wygodnie na krzesełku, by delektować się tym wieczorem, miejscem i towarzystwem…
Jest jak było
Przed wiekami
Piekło i niebo…Ten dzień miał być zły. Jak dwa poprzednie. Z bólem w karku i trzaskiem w myślach. A mlecznobiała przestrzeń za oknem bynajmniej nie zachęcała do rozmów na temat nastroju.Ale na zajęcia dotarłam. Jak mniemam, pod wpływem osiągającej swe wyżyny rezygnacji, która nawet bierny opór uznała za beznadziejny. A potem było już pięknie. Smużki babiego lata, niczym cięcie skalpelem przeszywały ciepłe powietrze o konsystencji miodu pitnego. Zatrzymywały się na moim czole, na nosie, czasem przewrotnie zahaczając o wargi. Instynktownie pojawiające się rozdrażnienie odfrunęło gdzieś, niesione kolejnym miękkim podmuchem. Uśmiechnęłam się tylko do myśli, że zabawnie tak się całować z jesienią. Przezornie jednak ciągle piję te okropne mikstury, co to mają mnie postawić na nogi, a po powrocie z uczelni zaraz przepraszam łóżko za to, że o tak barbarzyńskiej porze pozbawiłam je swego ciepła. Ps. Zabawka z pudełka dołączyła do innych bezużytecznych elementów na hałdach niepamięci. Lekcja na dziś:„Bądź przyjazny ludziom, ale nie staraj się zaprzyjaźnić z wściekłym psem.”
Pamiętaj, że
nie znajdziesz mnie.
Będę gdziekolwiek…
Czy może mnie czymś jeszcze zaskoczyć, skoro za każdym razem tak samo wyskakuje z pudełka? Podniecenie. Rozczarowanie. Podniecenie.
Rozczarowanie. Przyzwyczajenie. Rozczarowanie.
Chwila, która trwa
może być najlepszą
z Twoich chwil…
Przemoczone buty, zbuntowane włosy, zmarznięte dłonie. Brak słońca, brak ciepła, brak ciała. Uśmiech. Bo z tego wszystkiego biorę to, co zechcę. Każdą chwilę mogę namalować nie-do-zapomnienia… Gorący oddech za uchem. Nawet jeśli bez znaczenia. Leniwie sunące myśli, kiedy moczy je szarobury deszcz.Długi, ciepły sen w objęciach kołdry i poduszki.Herbatę z sokiem, następną i następną…. Drobne przyjemności. Lubię…
Tu na poddaszu
Mam wytarte kąty
Drzwi na cztery strony
Łóżko z widokiem na sny o Tobie
Okno – pejzaż słowny… Los był łaskawy dla gryzoni w miniony weekend. Po weselnych pląsach, jakie mysz uskuteczniała w sobotę wzbogaciła się jedynie o dwa siniaki na stopie lewej oraz trzy na stopie prawej, z czego dwa ostatnie trofea pod prawą kostką zewnętrzną, zdobyte w czasie ostatniej piosenki. Jak z powyższego opisu jasno wynika wesele było niezwykle udane. Mysz się nieco wzruszyła kilka razy, na szczęście niewzruszony pozostał makijaż. W tym miejscu Młodej Parze mysz składa gratulacje od serca po raz n-ty i cytując pewnego młodego dżentelmena z Wieczoru Panieńskiego, którego na potrzeby niniejszej notki nazwiemy Panem od Pizzy, mysz życzy „miłej niewoli”
A teraz chciałabym podziękować mamie, tacie i wszystkim przyjaciołom, bez których nie mogłabym się tak wspaniale bawić owej nocy. Eee, nie, to nie ta kwestia. Tak czy inaczej owe tańce, hulanki, swawole zaliczamy do szczególnie udanych i wracamy do rzeczywistości.Rzeczywistość zaczyna się o 10:30 dnia następnego, czyli o dużo za wcześnie, ale na szczęście dość bezboleśnie (kwestię stóp szczelnie zakrywa zasłona milczenia), bo mysz kierowcą była i kropka. W celu zrealizowania ostatniej już (chyba) misji wakacyjnej, nie zważając na przerażenie malowniczo przebijające się spod warstw dzielnie przywołanej obojętności na twarzy Głowy Rodziny, mysz wsiadła do pojazdu mechanicznego dwuśladowego i ruszyła na spotkanie przeznaczenia. Przeznaczenie spotkała po ok. 25 min. Witało ją jak zawsze szerokim uśmiechem i diabelskimi ognikami w brązowych oczkach.
Tak właśnie rozpoczęło się tradycyjne raz-na-roczne spotkanie z fruwającym elementem klasy licealnej, zwanym dalej Szczygło, towarzyszką mą w niedoli szkolnej ławy i starciach z wielkimi porcjami frytek. Po wylaniu wiader żali pod adresem niesprawiedliwości świata wszelakich, litaniach narzekań w stronę „tych okropnych facetów” (to mysz) i pełnych niedowierzania wyznań na temat „jego anielskiej cierpliwości” (to Szczygło) dopełnionych obaleniem kartonu soku limonkowego i obietnicami rychłej rewizyty pod krakowskim adresem, mysz ponownie zajęła wygodne miejsce w pojeździe mechanicznym dwuśladowym. Nie czyniąc przy tym żadnych szkód we florze, faunie i przyrodzie nieożywionej, mysz ruszyła w kierunku zachodzącego słońca, które zazwyczaj zachodzi gdzie indziej, ale w zaistniałych okolicznościach nie było to istotne, bo generalnie dawno już było po zachodzie.
Ps. A dziś się mysz w końcu wyspała
I na jutro też jest taki plan, bo znów żyje po krakowsku
A wiecie, że jak się do Krakowa jedzie pociągiem o 16:26 to się jest na miejscu ciemnym wieczorem? Mysz nie wiedziała. Jeszcze dwa tyg. temu było inaczej
Może to ten deszcz,
może przez tę mgłę,
może to mój nastrój…Kraków jest… mokry. I nie, wcale nie leje. Mży sobie tylko, kapie i siąpi. Ale są znaczące plusy takiego stanu rzeczy. Na przykład rynek jest prawie pusty.
No może „pusty” to za duże słowo, ale można przejść. Nie wpadając przy tym na ani jednego turystę, przechodnia czy innego mima. A wczoraj wieczorem był nawet całkiem urokliwy (jak gorąca miłością go rynku krakowskiego nie pałam). W świetle ulicznych lamp niebo było miękkie i ciepłe w swej burości, a bruk… powiedziałabym, że się srebrzył czarownie, ale aż tak mnie romantyzm nie kopnął ;P No w każdym razie było miło. Dziś mam nadzieję też będzie, a coby się moje oczekiwania z brutalną rzeczywistością nie rozminęły, to się cieplej ubiorę ;P Mrrau… Się muszę podzielić moja wielka radością z małej przyjemności
A oto przyjemność: