Jasny portret Twój…
Uniosę go,
ocalę wszędzie.
Czy będziesz przy mnie,
czy nie będziesz… Co do filmu – polecam. Banalność tematu fajnie gra z krótką formą. Scenariusz przewidywalny i uroczo infantylny. Ciekawe zdjęcia. A w tle bezbłędny obrazek małżeństwa made in PRL „20 lat mi zmarnowałeś”. ;]
A weekend był w Górach Stołowych
Baza w Polanicy. Ciepła atmosfera małomiasteczkowa. Dancingi, tańczące fontanny, zakochani kuracjusze na wysoki połysk. Szczeliniec. Wrócić kiedykolwiek, byle nie w DWM zwany Długim Weekendem Majowym. Towarzystwo z piwem w dłoni, nawet jeśli względnie nieszkodliwe, nie sprzyja kontemplacji górskich widoków. Praga. (To już nie w Stołowych). J.w., czyli kiedykolwiek, byle nie w DWM. Generalnie warto, ale w morzu ludzi są małe szanse na wyłowienie choćby części pereł. Rzeczywistość jak zwykle brutalna. Oby do kolejnego weekendu. Nie-długiego.
Ciekawa idea:
http://wszystko.net/ofilmie.php http://wszystko.net/ Pod Baranamiw piątek (24.04.) o 19:00 i 20:00w sobotę (25.04.) o 14:00 i 15:00 Jutro obejrzę i napiszę coś więcej
Niebo…
Z widokiem na niebo…
Niedzielnie… Niewidzialnie… Przytulnie… Słonecznie… Przejażdżka rowerem nad Wisłą… W przydużej męskiej bluzie, starych dżinsach, podartych trampkach… Bezpieczne zagubienie w miękkiej trawie… Lody na Szewskiej, frytki na Grodzkiej, uśmiech na pyszczku… Bo świat ma więcej uroku, gdy przygląda mu się czworo oczu…
Gdzieś już kiedyś pachniało tak sitowie
Gdzieś już przedtem taki kolor miała woda
To można powiedzieć tylko sobie
Choćbym bardzo chciała nikomu nie opowiem… ……………………………………………………………………………Ulubiony paradoks tygodnia:Czekam na Niego czytając kolejny felieton Clarksona, tym razem prześmiewający paradę antyhamburgerową. Popijam herbatkę anyżową. W barze wegetariańskim. ^^……………………………………………………………………………Jutro jadę na warsztaty dziennikarskie. Bo ja psychologie studiuję. Żeby było jasne ;PWięc dziś wieczór dla Księcia…Zaszyć się gdzieś cichutko i miło. Poszeptać sobie do ucha. Położyć głowę na Jego ramieniu, które jakby do tego było stworzone. Zapomnieć o czasie, o świecie… Heh, doczekać się nie mogę. *** Miałam zapraszać na warsztaty z cyklu W Stronę Zmian 3, ale wychodzi na to, że mam spóźniony zapłon, bo choć warsztaty dopiero 28 i 29 marca, a zapisy ruszyły raptem 2 dni temu, to miejsc nie ma już na większość. Jednym słowem, zanosi się na sukces
Ten dzień
zaczął się marnie
i marnie skończy się…
Najgorsze są noce. Dopadają mnie wtedy wszystkie myśli, plany i rozważania z ostatniego tygodnia i te na miesiąc do przodu. Wczoraj położyłam się już o 1. Po godzinnym przewracaniu się z boku na bok i z brzucha na pośladki, zaryzykowałam i włączyłam światło. Moja współlokatorka mnie kiedyś ubije pierwszą rzeczą jaka wpadnie jej w rękę, choćby to miała być fioletowa, włochata poduszka w kształcie serca. ;PJak już jednak nadmieniłam, tym razem poniosłam to ryzyko. Nawet bezszwankowo. Wyciągnęłam Świat wg Clarksona. Nie muszę mówić, że to nie ja lubuję się w programach motoryzacyjnych? Cóż, pisze całkiem znośnie więc nie narzekam
Tak więc, wyciągnęłam, przeczytałam 3 felietony, zjadłam corna bananowego, popiłam wodą. Tak minęło mi pół godziny. Pomyślałam – może teraz? Teraz trwało kolejne pół godziny, a może i godzinę. Wrrr… Chyba zacznę z prochami nasennymi, bo nie mam pomysłu :/
Mija już drugi miesiąc odkąd wróciłam z Kijowa. Najwyższy czas trochę powspominać…
Spróbuję w kilku punktach…
1. Podróż.
Do Kijowa można dostać się tak: w Jarosławiu/Krakowie/Poznaniu czy innym mieście Polski wsiadamy w pociąg, którym dojeżdżamy do Przemyśla. W zależności od tego skąd jedziemy podróż trwa krótko lub długo
W Przemyślu wsiadamy w busa, który zawozi nas na przejście w Medyce. Nasi sąsiedzi nie przyjmują nas z otwartymi rękami, wobec tego należy stawić się z otwartymi paszportami. Po przygodzie z „tranzytem” do Rumunii wiemy już, że trzeba wypełnić takie sympatyczne karteczki, tym razem dla odmiany deklarując „turystycznie”. Następnie trzeba wepchnąć się wraz z plecakiem do marszrutki i tym transportem dostać się do Lwowa. We Lwowie, jak się ma więcej czasu (mieliśmy), można uskutecznić zwiedzanie targu staroci i wyrobów regionalnych (uskuteczniliśmy) i zaopatrzyć się na przykład w autochtoński pasek lub mniej autochtońskie koraliki (zaopatrzyliśmy się)(znaczy się ja
). Następnie po pół dnia plątania się w bliższej lub dalszej okolicy dworca, wsiadamy w pociąg i wygodnie rozciągnięci w pozycji horyzontalnej całą noc systematycznie zbliżamy się do celu podróży.
2. Kijów. Dzień pierwszy.
Po dotarciu do miejsca noclegowo-jedzeniowego, rozlokowaniu swych plecaków i pośladów wygodnie na łóżkach, rozegraniu partyjki scrable (w moim wykonaniu przegraniu partyjki w scrable), zapada decyzja o udaniu się do kina. Pragnę zauważyć, że jesteśmy w Kijowie. Filmy najczęściej rosyjskie, a nawet jeśli zachodnie to z dubbingiem rosyjskim. Decydujemy się na bajkę. Rosyjską. Z ukraińskimi napisami. Yea
Co tu dużo mówić – podobała mi się. Taka trochę bajka dla dorosłych. Ciekawe połączenie czasów caratu ze współczesnością. Taki na przykład ruski bojar sprzed 2 wieków, ulokowany w realiach sprzed 2 wieków siedzi w swojej izbie, gdzie na ścianie ma współczesny kalendarz i telewizor, ale żeby nie było za prosto, telewizor ma postać talerza, po którym dookoła toczy się jabłko – wtedy jest włączony (jak się nie toczy to nie jest włączony). Dla mnie rewelacja. Do tego ciekawa animacja. Taka… rosyjska
A po kinie poszliśmy na stare miasto trochę. Sobór Sofijski w nocy robi niezłe wrażenie
3. Kijów. Dzień drugi.
Dzień drugi upłynął nam pod znakiem Lavry Pechersky’ej i Matki Ojczyzny. Lavra to najwyższy rangą kompleks klasztorny. Pecherska od tego, że pierwszy klasztor był podziemny. W sumie całkiem ładnie. Do obejrzenia na zdjęciach. Potem Matka Ojczyzna, czyli kolos zbudowany w celu przysłonięcia Lavry. W samym postumencie mieści się dwupoziomowe muzeum i taras widokowy na 2 piętrze. Muzeum Wojny Ojczyźnianej, popularnie zwanej II Wojną Światową. Jak na Ukrainę urządzone całkiem po europejsku. Wiadomo, świat się im skończył na Ukraińcach, Rosjanach i Niemcach, ale jeśli chodzi o aranżację, to podobnie jak w Muzeum Powstania Warszawskiego. Matka Ojczyzna do obejrzenia na zdjęciu.
4. Kijów. Dzień trzeci.
Dnia trzeciego wybraliśmy się znów do Soboru Sofijskiego, żeby zobaczyć go w pełnym słońcu i tym razem od środka. Słońce może i pełne nie było, a plac przed soborem nie robił takiego wrażenia jak nocą, ale i tak wszystko robiło wrażenie. Potem jeszcze Sobór Michała Archanioła. W tej samej okolicy. Ten z kolei robił większe wrażenie niż nocą, a to ze względu na bogate zdobienia, których wieczorem widać nie było. Niestety nie odwiedziliśmy żadnego muzeum, bo właśnie je zamknęli na czas przerwy noworocznej. Ale za to połaziliśmy po Andriejewskim Spuście, czyli najbardziej turystycznej uliczce Kijowa – uliczce pamiątek i regionalnego dobrobytu
Krótko mówiąc, matrioszek do wyboru do koloru i cała reszta
5. Kijów. Dzień czwarty.
Jak ten czas leci
Ale to tylko dziś. Wtedy ciągnął się i dłużył niemiłosiernie, a to dlatego, że Księciu Mój pracą swą uziemiony w Krakowie w podróży towarzyszyć mi nie mógł
Dzień sylwestrowy upłyną na swobodnym włóczeniu się po Kijowie. Noc zaś, na Majdanie Niezależności, gdzie szoków licznych doznałam. Po pierwsze, Ukraińcy nie odliczają ostatnich 10 sekund tylko śpiewają hymn narodowy. Po drugie, Ukraińcy nie oblewają się wzajemnie szampanem, jakby co najmniej właśnie wygrali Formułę 1, tylko – zgodnie z przeznaczeniem – konsumują go. Po trzecie, Ukraińcy nie zostawiają butelek po szampanie na bruku, aby walały się bezwolnie i lądowały na hałdach potłuczonego szkła, tylko wrzucają je do kontenerów, które w tym celu właśnie okupują Majdan. Po czwarte, Ukraińcy nie kończą imprezy sylwestrowej pokazem sztucznych ogni. To tylko przerywnik. Po życzeniach i sztucznych ogniach jest kolejny koncert i przednia impreza trwa. Po piąte, dnia następnego Ukraińcy nie lecza kaca tylko świętują dalej. Nowy Rok na Majdanie w Kijowie przypomina jeden wielki festyn. Pragnę nadmienić, że był to jeden z ciekawszych Sylwestrów w moim życiu. Wspominam go zdecydowanie fajniej niż ten sprzed roku, który przynajmniej częściowo spędziłam na rynku w Krakowie.
6. Kijów. Dzień piąty.
Dnia piątego wybraliśmy się obejrzeć Złote Wrota, które ze złotem wspólną miały co najwyżej nazwę. Potem wycieczka po Chryszczatyku, czyli dzielnicy Majdanu Niezależności. Mroźne chwile nad Dnieprem. Do obejrzenia na zdjęciach. Na koniec lodowisko. Na końcu świata. A przynajmniej na obrzeżach Kijowa. Fajnie było
Pod warunkiem, że pół metra nadbudowy na łyżwach nie wjeżdżało mi pod nogi. Wtedy nie było fajnie. A lód był twardy. Razy dwa. Ja chyba jednak dzieci nie lubię ;P
7. Kijów. Dzień szósty. I siódmy.
Dni owe upłynęły pod znakiem pakowania się. Czekania na autobus, aż się jednak zdecyduje pójść na metro. Czekania na następny pociąg, bo się okazuje, że nasz odjechał o 17:15, a nie 17:45. I jechania. Jechania w towarzystwie 3 pijanych Ukraińców. Niestety. Tacy też są. W prawdzie jechanie w ich towarzystwie, to też jechanie, ale za to spanie to już żadne. :/ Po dotaszczeniu się do Lwowa, tym razem szybciutko w marszrutke. Zimno jak… Nie powiem, ale zimno. Zimniej niż w Kijowie w każdym razie. Potem jeszcze chwila na granicy. Odkąd przygraniczni handlarze dostali bana na wagony i mogą przenieść zaledwie jedną czy dwie paczki fajków, zrobiło się tam jakby luźniej. I tym sposobem jesteśmy w Polsce. Teraz jeszcze tylko z pokerową miną trzeba powiedzieć panu strażnikowi, że w plecaku mamy tylko dwa wina i koniak i pobyt na Ukrainie można uznać za zakończony.
I jak? Podobało się? Bo mi bardzo
Więc spleć palce z moimi palcami
i choć, prowadź i daj się prowadzić…
Mysie łapki już prawie tydzień zostawiają mysie śladki na mysich włościach. Księciu Mój nawiedził wraz ze mną rzeczone domostwo i tak się właśnie zastanawiam, czy zmył się za wcześnie czy w ostatniej chwili. Jak wiadomo mamy dziś Dzień Pączka, a Rodzicielka działa jak mała manufaktura. Tym razem mniej więcej po 15 na głowę. Nie licząc Karola.
Ma szczęście Sierść Kochana, że nie gustuje w takich smakołykach, bo zabrałabym go ze sobą na dietę ;P
Księciu Mój ma z kolei szczęście, że się ewakuował, bo też bym go ze sobą na dietę wzięła. A tak, sama będę ćwiczyć siłę woli, bo już nie mogę patrzeć na tą fałdkę ;P
Tylko niech już będzie wtorek, bo mi się tęsknienie zacięło i nie daje się wyłączyć. Eh, życie jest niesprawiedliwe ;P
Idę spać, bo zaczynam głupoty wystukiwać. Życie jest nader łaskawe, ze szczególnym uwzględnieniem działu „DUBLE”. Za takie zapasy szczęścia, to mogę nawet po 18 nie jeść ;P
Ze swojej drogi zejdę, będę z Tobą.
Dokądkolwiek pójdziesz, cokolwiek zrobisz.
Gdziekolwiek się zwrócisz, cokolwiek powiesz.
I w najlepszej z chwil i w najgorszej też.
Jak i w pierwszym, tak i w ostatnim dniu,
będę z Tobą…
Ty,
przed Tobą świat,
za Tobą ja, a za mną już nikt…
……………………………………………………………………………O przykrych rzeczach pisać nie chcę. Wesołych nie ma zbyt wiele. Ale może coś się uda naskrobać… Dziś okazało się, że mam do przodu kolejny egzamin. Jeszcze wyniki z jednego i praca zaliczeniowa i można powiedzieć, że kolejny semestr za mną. W prawdzie jeszcze egzamin z modułu i praktyki, ale to w marcu dopiero będzie zaprzątało moją głowę. Zaraz wyciągam plecak, który zdążył się już nieco przykurzyć. Jutro jadę do domu. Znów dawno mnie tam nie było. Fakt, że tęsknię, ale tym razem nie dałam rady być wcześniej. Uczelnia przyparła mnie do muru i nie pozwoliła na złapanie oddechu. Ostatnio też nie mogłam pojechać zaraz po egzaminach. Ktoś tu potrzebuje, żebym trzymała go za rękę. Ktoś kogo będę trzymać za rękę…
Moje umierania wołają o cień Twoich krótkich słów,
który zgubiłam dziś we mgle. Moje zmartwychwstania odnajdują z maniakalną precyzją smak powietrza pieszczącego Twoje usta. Moje śnienia budzą mnie krzykiem wyrwanym wprost spod Twych rozognionych powiek. Twoje istnienie nie pozwala mi zapomnieć, że jestem tylko nutą stworzoną dla Twych dłoni.
Chcę dać Ci to,
co mogę dać
czule, czulej, najczulej…
Przerwa Świąteczna… Trwała tak krótko i była tak piękna…
Z pachnącą choinką przystrojoną słomkowymi aniołkami, czerwonymi, wypolerowanymi jabłkami, orzechami owiniętymi w sreberka, cukierkami w kolorowych papierkach, barwnymi jeżykami z bibuły i ogromem bombek. Starych, sentymentalnych, podniszczonych i nowych lśniących i błyszczących. Gdzieniegdzie gałązki rozświetlała nieśmiała lampka, której światełko odbijało się we wszystkich choinkowych świecidełkach. Pod choinką pachniało sianko, a nad stołem na świerkowej gałązce wisiał opłatkowy świat
W korytarzu panoszyła się ogromna jemioła, pod którą pocałował mnie Książę…
To były piękne Święta. Wigilia z rodzicami i Bracikiem. Boże Narodzenie u rodzinki. I Drugi Dzień Świąt… Bracik przywiózł swoją połówkę. A do mnie przyjechał mój Książę… Dwa buziaki na dobranoc, dwa buziaki na dzień dobry… Dwa piękne dni… Mnóstwo cudownych chwil…
Potem Kijów. Osobno
O Kijowie będzie następnym razem.
Wróciłam w sobotę. Do domu. I do Krakowa. Stęskniona i szczęśliwa. Bo to bedzie piękny rok…